Lo Borges

Skromny geniusz z klubu za rogiem (Moja droga do Rio cz. 4/4)

Lo Borges „Todo Prazer”

Ktoś pamięta jeszcze mój ubiegłoroczny challenge? Prezentowałem w nim moje ulubione utwory muzyki popularnej, które poznałem na przestrzeni lat szperania w historii muzyki. Nie należy jednak tej listy traktować jako skończonej całości, preferencje ewoluują, wiedza się powiększa, stale poszerza się obszar moich zainteresowań.

Czemu o tym wspominam? Bo dzisiejszy utwór oddziałuje na mnie z tak wielką mocą, że spokojnie znalazłby sobie miejsce w okolicach pierwszej dwudziestki odświeżonego notowania – takiego poziomu jest to utwór.

Perfekcyjnie miękkie brzmienie uwydatnia całą dbałość o wyrafinowaną grę wielorakich konwencji splecionych razem w jedną, doskonałą kompozycję. Steely Dan vs reggae a’la Word Girl vs Ewa Bem vs Miles Davis vs gorące brazylijskie plaże. W lato powala przyjemnym, urlopowym feelingiem, w zimę będzie urzekać skomplikowaną kompozycją.

Tak jak maj 2016 to miesiąc Mecano, tak sierpień należał do muzyki brazylijskiej, która pewnie już zawsze będzie mi przypominać o wydarzeniach i emocjach z tego okresu. A w szczególności Lo Borges, ten najbardziej niepozorny z całej grupy niezwykle utalentowanych kompozytorów zza oceanu. Rozpoczynający swoją karierę jako ten mniej popularny z duetu nagrywającego słynny krążek „Clube de Esquina” (Klub za Rogiem /Corner Club), który otworzył świat kultury anglosaskiej na tamte rejony muzycznego świata.

Zwykły wpis
Os Mutantes

Gdyby Hendrix pochodził z Brazylii (Moja droga do Rio cz. 2/4)

Os Mutantes „Minha Manina”

Parę lat temu zespół Kobiety śpiewał że wszyscy jesteśmy mutantami. Nie wiem czy był to ukryty hołd dla dzisiejszych bohaterów, bo muzycznie to całkiem inna bajka i tekstowo odmiennie. Faktem natomiast jest, że zespół Os Mutantes (po polsku po prostu Mutanci) posiada bardzo liczną grupę fanów i to chodzi o postacie ze szczytu muzycznej ekstraklasy jak Beck, Davandra Banhart czy David Byrne z Talking Heads.

Sami namiętnie korzystali ze spuścizny amerykańskiej psychodelii spod znaku Hendrixa i Sly & The Family Stone łącząc ją z rdzennie brazylijskimi wpływami samby i bossanovy. Co doskonale ilustruje utwór „Minha Manina” z debiutanckiego albumu.

Ps. Warto zwrócić uwagę na nowatorskie podejście do brzmienia i produkcji zbliżające dużą cześć repertuaru Os Mutantes do zespołu United States of America (patrz „Cloud Song” i „O relogio„)

Zwykły wpis
Caetano Veloso

Na skróty z Anglii Do Brazylii (Moja droga do Rio cz. 1/4)

Caetano Veloso „You Don’t Know Me”

Od piątku za sprawą Igrzysk Olimpijskich wszystkie oczy skierowane na Brazylię, więc i ja postanowiłem umieścić własne spojrzenie na kraj kawy.

Na pierwszy ogień klasyk tropicali i stały bywalec tego bloga (oraz mojego odtwarzacza) – Caetano Veloso. Tym razem jednak nie trzeci self-titled album lecz „Transa”.

„You Don’t Know Me” rozpoczyna się powoli i spokojnie oraz w języku angielskim. Czuć wyraźnie inspirację McCartneyową balladą.  Jednak wraz z rozwojem kompozycji następuje intensyfikacja emocji mająca swoje zwieńczenie w kolejnych refrenach. Wtedy to dochodzi do głosu południowoamerykańskie pochodzenie Caetano, a język ojczysty zaczyna dominować – „Laia ladaia sabadana ave maria!”

Zwykły wpis
Serge Gainsbourg

Skandalista Serge Gainsbourg

Serge Gainsbourg „Melody”

Legenda francuskiej kultury. Archetyp niepokornego celebryty w europejskim, wysmakowanym stylu. Prowokator idealny. Słowem – Serge Gainsbourg.

W swoim sztandarowym dziele zdołał przetworzyć francuską chanson na język symfonicznego rocka. Treść trąci banałem – mężczyzna w Rolls Roysie potrąca młodą kobietę, uwodzi ją, ona ginie w katastrofie lotniczej. Ale muzycznie jest o wiele ciekawiej. Agresywnie brzmiąca gitara otulona w niesamowite orkiestracje i napędzający wszystko bas składają się na obraz jednego z najoryginalniejszych mini-albumów kontynentalnej muzyki.

Zwykły wpis
Linda Perhacs

Sugar Woman

Linda Perhacs „Paper Mountain Man”

Historia pomocy dentystycznej, obdarzonej zjawiskowym wokalem, komponującej po godzinach swojej pracy dziwaczny, psychodeliczny folk. Wygląda jak opowieść o Kopciuszku, ale naszą bohaterkę zamiast sławy spotkało zapomnienie. Jest rok 1970 i solowy album Lindy Perhacs z powodu błędów wydawniczych przepada w archiwach fonograficznych.

Dopiero 30 później mały label The Wild Places wyszukuje krążek z niebytu. Następnie 2 lata trwają poszukiwania artystki, które zakończone zostały powodzeniem dopiero w 2000 roku. Linda (zszokowana zainteresowaniem po tylu latach) godzi się na wydanie reedycji, które sprowadzają ją na pozycję muzy rozwijającego się nurtu freak folku.

Samo „Parallelograms” to niezwykle swoiste połączenie folkowej wrażliwości i psychodelicznej ciągoty do eksperymentów brzmieniowych, które do dzisiaj pozostają świeże i odkrywcze.

Zwykły wpis
Skaldowie

Barok po polsku

Skaldowie „Prześliczna Wiolonczelista”

Kultowe wejście na bazie kontrapunktu z klawiszowym wykończeniem zwiastuje barokowy pop światowej klasy. A dalej utwór gna w cudownych aranżach korzystając z całej palety środków muzyki popularnej i klasycznej – z jednej strony gitara szaleje w kinksowym stylu, z drugiej wstawki orkiestrowe i harmonie głosowe robią różnice.

Ale nie traktujmy braci Zielińskich jako zdolnych kopistów brytyjskiej inwazji. Mamy tu nasze rodzime, przaśne wstawki (można wyczuć że na tym samym albumie pojawiło się „Z kopyta kulig rwie”), które  stanowią znakomitą przeciwwagę dla wyrafinowania kompozycyjnego. Dzięki czemu utwór idealnie zabrzmi zarówno na weselu jak i w filharmonii.

Zwykły wpis