Simon & Garfunkel

Szałwia i rozmaryn czyli przewodnik po tradycyjnych angielskich przyprawami (Pierwsza jedenastka męskiego wokalu cz. 6 / 11)

Simon & Garfunkel „Scarborough Fair”

Simon to oczywiście mózg całego projektu, ale Art Garfunkel to jego idealny wykonawca.  Młodzieńczy, krystalicznie czysty wokal w 100% koresponduje z folkiem, zanurzonym w równym stopniu w angielskiej tradycji i amerykańskiej, dylanowej ówczesności.

Ale uwaga! Albumowe wersje to dopiero przedsmak – prawdziwą ucztą są koncerty, patrz poniższy fragment – 3:00.

art garfunkel.jpg

Reklamy
Zwykły wpis
Led Zeppelin

Folk ze Gondoru, blues z Mordoru (Pierwsza jedenastka męskiego wokalu cz. 5 / 11)

Led Zeppelin „Dazed and Confused” / „Ramble On” / „Since I’ve Been Loving You” / „Battle of Evermore” / „Rain Song” / „In My Time of Dying”

„Baby, baby , baby…” – złośliwi mówią że to jedyne co potrafił zaśpiewać Robert Plant, a i przy tym nie udaje mu się uniknąć fałszowania. Jeśli byłaby to prawda, to wolę taki fałsz niż krystalicznie czyste występy 99% innych wykonawców. Niech za przykład posłuży tutaj 6 utworów – po jednym z pierwszych sześciu albumów.

„Dazed and Confused” (Led Zeppelin I) – ciężki pochód bluesowego czołgu przechodzi w jakieś szalone psychodeliczne odjazdy, których by Hendrix nie wymyślił. Bohnam gra z mocą niedostępną perkusistom z tego świata, Page ale to Plant prowadzi kompozycję.

„Ramble On” (Led Zeppelin II) – bardzo bluesowo, bardzo amerykańsko, a teksty prosto ze Śródziemia.

„Since I’ve Been Loving You” (Led Zeppelin III) – skończone arcydzieło bluesowej ballady. Rozwijające się z mocą walca drogowego. Plant odnalazł się tutaj w szczytowej formie. Inne kawałki Zeppelinów są kowerowane nadzwyczaj często, ten jakoś nie bardzo. A jeśli nawet  ktoś się za niego bierze to raczej robi wersję instrumentalną.

„Battle of Evermore” (Led Zeppelin IV) – zbyt mało się mówi o tym jak bardzo Page i spółka potrafili w folki. Ten utwór nagrany przy współudziale Sandy Denny z klasycznego angielskiego zespołu Fairport Convention (o którym warto będzie napisać kiedy indziej) pokazuje skale ich możliwości. Mistrzostwo w budowaniu nastroju i kunsztownym konstruowaniu kompozycji – przy wspaniałym końcowym „Bring It, Bring It, Bring It, Bring It…!!!”. Kolejna wyprawa Zeppelinów do Śródziemia.

„Rain Song” (Houses of the Holy) – rozmarzona ballada z przepiękną partią melotronu przypominającą „Cluba da Esquina No 2”. Takiej dozy subtelności nie spodziewałem się po Robercie Plancie.

„In My Time of Dying” (Physical Graffiti) – z całym szacunkiem do Jacka White’a w tym jednym kawałku dzieje się więcej niż na większości płyt The White Stripes.

robert plant.jpg

Zwykły wpis
Queen

Mercury bez wspomagania (Pierwsza jedenastka męskiego wokalu cz. 3 / 11)

Queen „You Take My Breath Away”

Nad słabą stroną dyskografii nie będę się dzisiaj znęcać, Freddie musiał tu być i tyle. Wybrałem „You Take My Breath Away” – brak tu odrzucającego, hardrockowego kiczu – jest za to minimalistyczna, wspaniale zharmonizowana balladowa uczta. Śliczna wręcz. Czysty popis umiejętności wokalnych.

freddie mercury.jpg

Zwykły wpis
Scott Walker

Amerykańska Inwazja (Pierwsza jedenastka męskiego wokalu cz. 2 / 11)

Scott Walker „Joanna” / „Jackie” / „War Is Over”
The Walker Brothers „Make It Easy On Yourself”

Obłędny baryton. Amerykanin odnoszący swoje największe sukcesy w Wielkiej Brytanii, stosunkowo mało popularny w Stanach, co stało w opozycji do brytyjskiej inwazji muzyki z Wysp do Nowego Świata.

Początkowo wybitny odtwórca dwóch wspaniałych tradycji: amerykańskiej „Great American Songbook” i francuskiego chanson. W późniejszym okresie kariery (mniej więcej na wysokości „Scott 3”) jego własny repertuar zaczyna dominować w dyskografii, dając nam popis jego umiejętności songwriterskich. Ale o tym już pisałem półtora roku temu.

Dzisiaj zgodnie z nazwą tego mini-cyklu wybrałem moje ulubione występy WOKALNE Walkera, bez rozróżnienia autora kompozycji.

1. „Make It Easy for Yourself” – poruszający break-up song autorstwa Burta Bacharacha i Hala Davida.
2. „Jackie” – przetłumaczona na język angielski ballada Jacques’a Brela pełna opisów życia ciemnej strony miasta – narkotyki, domy publiczne itp.
3. „Joanna” – piosenka małżeństwa Tony Hatch / Jackie Trent o inwokacja do niespełnionej miłości.
4. „War is Over” – rozmarzona ballada (proto-dream popowa?) z piątego solowego albumu, której autorem jest sam wokalista.

Ps. Nowszych kompozycji nadal boję się ruszać.

scott walker.jpg

Zwykły wpis
Al Green

O człowieku który przeludnił ziemię (Pierwsza jedenastka męskiego wokalu cz. 1 / 11)

Al Green „Love and Happiness” / „Let’s Stay Together”

Król pościelowy i podręczny zestaw do składania złamanych serc w jednym. Żarliwy i delikatny wokalista, który potrafi wyciągnąć wszystko co najlepsze z wysokich rejestrów swojego naturalnego instrumentu.

Ale szeptem też potrafił zdziałać cuda (patrz wstęp do „Let’s Stay Together”).

al green.jpg

Zwykły wpis
SuiseiNoboAz

Tęcza, rankingi i tańczący Tom Yorke

SuiseiNoboAz „Liquid Rainbow”

Rozpoczęła się coroczna seria rankingów serwisu Beehype. Prezentowane są w nich najlepsze kawałki (utwory) wydane w 2017 roku w ponad 60 rejonach świata. Prawdziwa uczta dla takiego szperacza jak ja. Co roku cały styczeń spędzam na przegrzebywaniu paruset pozycji w poszukiwaniu tych parudziesięciu, które na stałe wejdą do mojej playlisty i selekcjonowaniu tych paru, o których napisze na blogu. W zeszłym roku z Best of 2016 wydobyłem takie perełki jak Shuta HasunumaShugu Tokumaru z Japonii, Gravitysays_I z Grecji, Lam  z Polski czy Apolo Beat z Argentyny.

Mimo, tego że przesłuchuję wszystkie listy, wiedziony doświadczeniem z poprzednich lat z największą niecierpliwością czekam na zestawienia z Japonii, Polski i Afryki (traktowana tutaj jako jeden region). W tym roku Japonia już się pojawiła, a wśród 20 propozycji jest jedna z którą zdążyłem się zapoznać w 2017 roku.

Kawałek „Liquid Rainbow” zespołu SuiseiNoboAz, bo o nim mowa, urzekł mnie już podczas pierwszego odsłuchu. Posiada on wszystkie cechy za które kocham muzykę japońską w ogóle – niebywałą umiejętność łączenia elementów o których inni wykonawcy nawet by nie pomyśleli, że można połączyć. 

Formalnie hip-hop – surowy rap i mocarny bit spinaja całą kompozycję.  Jednak produkcja już z okolic dance-punku, a rytmika wybitnie jazzowa. Całość domykaja z jednej strony noisowe wstawki, a z drugiej dream-popowe pejzaże w drugiej części utworu. Nad wszystkim unosi się duch radioheadowych (nawet teledysk jawnie nawiązuje do „Lotus Flower”) eksperymentów i vonnegutowej wrażliwości (od którego zaczerpnięta została nazwa grupy), czyli tego co w kulturze cenię najbardziej. 

Zwykły wpis