Electric Light Orchestra

Smyczki odpowiedzią na wszystko

333. „Sweet Talking Woman” Electric Light Orchestra

Ciężko znaleźć w historii muzyki postać, bardziej zapatrzoną w twórczość The Beatles niż Jeff Lynne, lider ELO. Jednak nie należy traktować tego zespołu w kategoriach tribute bandu. Rozwinęli oni raczej formułę łączenia kunsztownego popu z elementami klasycznej orkiestracji, rozpoczętą przez „Yesterday” czy „Eleanor Rigby” najsłynniejszej Czwórki z Liverpoolu.

Z całej masy znakomitych utworów zawsze najchętniej wracam do „Sweet Talking Woman”, w którym refren rządzony niepodzielnie przez znakomite call and response został podrasowany smyczkami z wyczuciem godnym ekstraklasy światowego popu.


sztafeta Akiden maj 2011 rok trening na Górczewskiej luty 2013

Zwykły wpis
Talk Talk

Misterium dźwięku

334. „After the Flood” Talk Talk

Gdyby ta lista dotyczyła albumów, późne Talk Talk należałoby do ścisłej czołówki. Jednak w kategorii piosenkowej ciężko ten zespół jakoś umiejscowić. Po dosyć dużym sprzedażowym sukcesie „The Colour of Spring” Mark Hollis i spółka mając do dyspozycji spory kapitał zaufania (i gotówki) od wytwórni postanowili dokonać komercyjnego samobójstwa. Na 9 miesięcy zamknęli się w XIX-wiecznym kościele nieopodal Londynu i tam pracując, nierzadko przy świetle świec, nagrywali „Spirit of Eden” – dzieło z pogranicza ambientu, jazzu, rocka, muzyki klasycznej i ciszy.

Ale to nie ten album jest głównym tematem tego wpisu, lecz kolejny – „Laughing Stock”, czyli logiczna kontynuacja twórczego procesu zanikania, ściszania i minimalizacji muzyki tego skądinąd rockowego z pochodzenia zespołu. Słynne stwierdzenie jego lidera: „Zanim zagrasz dwie nuty, naucz się grać jedną i nie graj choćby jednej, zanim nie będziesz miał dobrego powodu, by to zrobić” – tak naprawdę najlepiej definiuje wnętrze tego albumu. A jak dosłownie potraktował tę myśl udowodnił układając w epickim (raczej w koncepcji niż w rozmachu) „After the Flood” solówkę na jednym (!!!) dźwięku variophonu.

To nie jest muzyka z rodzaju przystępnych, ani przyjemnych. Na takie tempo, takie kompozycje i taką produkcję trzeba się przestawić. Załatw sobie dobre głośniki, zaszyj się samotnie domu, najlepiej w późny jesieno-zimowy wieczór, zgaś światło i włącz playlistę złożoną z „Spirit of Eden” i „Laughing Stock”. Zobaczysz jak smakuje muzyka, w której będziesz czekał z niecierpliwością na każdy kolejny dźwięk. I będziesz musiał wysłuchiwać ich z niezwykłą uwagą i skupieniem – nie pojawi się ich zbyt dużo.


noce na Starej Miłosnej zima 2013

Zwykły wpis
Gang of Four

Piosenki wiodące lud na barykady

335. „Ether” / „To Hell with Poverty” Gang of Four

„Entertaiment!” – niesamowite jak szydercza w wymowie jest nazwa najlepszego albumu Gang of Four z 1979 roku. Nie jest to muzyka ani miła, ani rozrywkowa w klasycznym znaczeniu tych słów – zarówno w formie jak i w treści.

Grupa z Leeds potrafiła wyciągnąć esencję z energetycznych punkowych praprzodków sprzed 2 lat. Tu nie ma marketingu i pozerstwa Sex Pistols. Sama treść – przekalkulowana i matematycznie perfekcyjna. Gitara tnie jak brzytwa, gdy wokalista rzuca swoje złote hasła. A bas i perkusja? Wystarczy posłuchać wstępu do „Ether” – do tej pory nie ogarniam tego co tam się dzieje.

Co więcej warto zwrócić uwagę na wpływ jaki wywarli na przyszłe pokolenia muzyków. Znasz The Rapture? Porównaj „House of Jealous Lovers” do tego:


ciężki trening na ul. Kosodrzewiny wiosna 2011

Zwykły wpis
The Doors

Dwie twarze

336. „Light My Fire” The Doors

The Doors to zawsze był dla mnie zespół z dwóch zupełnie oddzielnych światów – z jednej strony introwertyczne, duszne zwierzenia Jima Morrisona, z drugiej (ob)sceniczne szaleństwo i geniusz estrady – spuentowany komercyjnym sukcesem.

Akurat w tym wypadku ponad poetyckie popisy lidera zespołu stawiam na współpracę całej formacji, w jak najbardziej piosenkowej formie – nawet jeśli przybiera ona kształt ponad 7-minutowego singla z długaśną klawiszową solówka w środku. Moje preferencje znakomicie widać w liczbie odtworzeń z ostatnich dwóch lat, które tak skrupulatnie liczone są przez serwis last.fm. „Light My Fire” : „The End” – 20:1.


rolkami na seminarium magisterskie 2010 rok

Zwykły wpis
T. Love

Power-pop i komunkacja miejska

337. T. Love „Autobusy i tramwaje”

T. Love jako polskie The Replacements? Może i stwierdzenie jest delikatnie na wyrost, ale styl wczesnych kompozycji zespołu Muńka Staszczyka w jednoznaczny sposób stawia ich w jednym szeregu z legendą power-popu z Minneapolis. Jak w „Autobusach i tramwajach” – jest brudna gitarowa energia, są miłe melodie, a całość jak najbardziej radio-friendly. Tylko szkoda, że mało kto w Polsce zna ten, bliźniaczy kawałek, a Muniek sukcesywnie od lat stara się nas zanudzić na śmierć.

autobus do Mordoru na RLP – marzec 2014

Zwykły wpis
The Beatles

Biały postmodernizm

338. „Glass Onion” The Beatles

Żaden chyba album Beatlesów nie wzbudził tyle kontrowersji w świecie muzyki co „Biały album” z 1968 roku. Dla jednych dzieło skończone – pełne różnorodnych pomysłów, mieszanka stylów i konwencji. Dla innych natomiast zbieranina piosenek nie połączonych ze sobą żadną klamra, pomysłem czy wizją. Moje stanowisko sytuuje się pośrodku tych przeciwstawnych poglądów. Na „Białym albumie” znajduje się według mnie wiele kompozycji wybitnych, jedynych w swoim rodzaju, ale jako całość nie broni się on aż tak dobrze jak inne dzieła w dorobku tego zespołu.

Jednym z moich highlightów tego albumu jest pomijany zwykle w jakichkolwiek recenzjach „Glass Onion”. Kawałek spełniający wszelkie kryteria dzieła postmodernistycznego – uprawiający zabawę stylem, pastisz czy interkontekstualne odnośniki do innych dzieł kultury (wcześniejszych piosenek Beatlesów). Staje się on przez to czymś więcej niż tylko piosenką, ale również polem do intelektualnej zabawy w poszukiwanie tropów, kontekstów i znaczeń. W świetle całej gry członków zespołu z własnym mitem i zabawy z widownią (m.in. legenda „Paul is dead”) utwór ten nabiera niesamowitej wartości, niewidocznej na pierwszy rzut oka.


???

Zwykły wpis
Primal Scream

Muzyczne Katharsis

339. „Kill All Hippies” Primal Scream

Zespół Primal Scream znany jest głównie ze swojej słynnej płyty „Screamadelica”, będącej naturalnym przedłużeniem obrosłej legendami sceny madchasterowej. Szkoci postawili na niej na niecodzienny w tamtych czasach mariaż inspiracji alternatywnym garażowym graniem (Velvet Underground), klasycznym rockiem (Rolling Stones), psychodelią lat 60-tych oraz elektroniczną muzyką taneczną (głównie acid housem i sceną rave’ową). Płyta z miejsca stała się klasykiem, a jej autorzy legendą.

Jednak to nie „Screamadelica” (mimo, że bardzo szanuję jej rolę w rozwoju muzyki), lecz jedna z jej następczyń przykuwa bardziej moją uwagę. „XTRMNTR”, bo o tej płycie mowa to bezpardonowy atak skumulowanej siły brudnych gitar i agresywnej elektroniki. Co więcej, ma ona dla mnie wymiar jak najbardziej utylitarny. Jest to jeden z obowiązkowych elementów playlisty w momentach, kiedy chcę oczyścić umysł ze zbędnych myśli i emocji. Zakładam wtedy słuchawki, ustawiam głośność na maksymalny poziom i włączam „Kill All Hippies”, „Pills” czy „MBV Arkestra”. Przypływ adrenaliny po takiej dawce hałasu ma zbawienny wpływ na moją psychikę.


tramwaj 9 Łódź zima 2012 rok

Ps. „Screamadelicę” natomiast chciałbym mieć na ścianie – jej okładka to czysty geniusz:
Screamadelica_album_cover

Zwykły wpis