Kombi

Nie tylko dla dzieci i młodzieży

302. „Bez Ograniczeń” Kombi

Doskonały instrumentalny kawałek skomponowany przez Sławomira Łosowskiego, klawiszowca zespołu. Funkowy groove oraz dynamiczna przeplatanka motywów klawiszowych, basu i gitary stanowią o jakości tej kompozycji. Poziom porównywalny z Princem w jego najlepszych czasach.

No i jeszcze „5-10-15”, ale tego chyba nikomu nie muszę opisywać.

Zwykły wpis
David Bowie

Narkotyczny pociąg do Berlina

303. „Station to Station” David Bowie

Utwór „Station to Station” to ze wszechmiar fascynujący efekt kokainowego amoku Bowiego z połowy lat 70-tych. Muzycznie jest zapowiedzią najlepszej płyty w karierze artysty – „Low” z 1977 roku. Łączy on jeszcze funkowo-soulową stylizację z poprzedniego albumu „Young Americans” z nowymi inspiracjami niemiecką awangardą. Miarowy, marszowy motyw przewodni powoli rozwijający się w trakcie utworu bezpośrednio nawiązuje do Kraftwerkowych fascynacji industrialnym odhumanizowanym światem ówczesnej Europy Zachodniej, a tło z gitarowych sprzężeń przywodzi na myśl największe utwory Neu!.  I na tej bazie Bowie przechodzi do stadionowej (anty-)rockowej ekstazy z monumentalnym finałem opartym na dramatycznych repetycjach frazy „It’s too late…”.

Jak dla mnie jeden z najbardziej inspirujących gatunków w historii muzyki rockowej – wyciągający na światło dzienne odkrycia krautrockowego przewrotu dokonującego się w niemieckich komunach artystycznych parę lat wcześniej. A to nie było ostatnie słowo Bowiego w świecie muzyki – „Station to Station” dopiero przygotowuje drogę czemuś większemu, które miało przyjść w kolejnych latach. Ale o tym napiszę dopiero za ładnych parę miesięcy.

Zwykły wpis
Brodka

(Kolejne) trzy oblicza Moniki Brodki

304. „Granda” / „Krzyżówka dnia” / „Saute” Brodka

No i doczekaliśmy się na polskiej ziemi mainstreamowego popu na miarę naszych możliwości. Zapatrzonego w dobre (co niezwykle rzadkie) zachodnie wzorce jak i korzystającego z popularnych i niszowych patentów rodzimej sceny. Po zerwaniu z estetyką teen-popu Brodka poszukiwała własnej stylizacji. Początek poszukiwań rozpoczęła na „Grandzie”, gdzie każdy utwór opowiada swoją własną historię. Raz jest to feministyczny manifest niezależności a’la Nosowska i Hej (utwór tytułowy), drugim razem inspirowany francuskim chanson subtelny erotyk („Saute”) by innym razem ukazać ambitny pop z delikatnymi elementami ludowej melodyki („Krzyżówka dnia”). Za każdym razem trafia bezbłędnie w mój gust.

Zwykły wpis
Paul McCartney, The Beatles

Paul McCartney i nigeryjskie wakacje

305. „Picasso’s Last Words (Drink to Me)” / „Nineteen Hundred and Eighty-Five” Paul McCartney

Proces powstawania płyty Paula McCartneya „Band on the Run”, najlepszej w jego solowej karierze, jest prawdziwą kopalnią anegdot. Najpierw pomysł, by nagrywać w studiu w egzotycznym rejonie świata – padło na Nigerię. Później odejście dwóch członków zespołu. Problemy z pogodą, sprzętem i szczurami. Mało? Był jeszcze napad rebeliantów, Fela Kuti oskarżający o kradzież rodzimej muzyki oraz spotkania z Gingerem Bakerem (perkusistą Cream) i Dustinem Hoffmanem.

I to z tym ostatnim wiąże się najciekawsza historia. Aktor podczas któregoś z wieczornych spotkań z Paulem i jego żoną wyrażał swój zachwyt nad umiejętnością ex-Beatlesa do układania „na poczekaniu” piosenek na dowolny temat. Zapytał McCartneya czy byłby w stanie mu to zademonstrować. Przy kolejnym spotkaniu Hoffman przyniósł ze sobą jeden z numerów magazynu „The Time”, w którym opisane zostały ostatnie słowa Pablo Picasso przed śmiercią, które brzmiały „Drink to me, drink to my health, you know I can’t drink any more”. Paul wziął do ręki gitarę i zagrał parę akordów pasujących pod ten tekst, komponując w ten sposób główny temat przyszłej piosenki.

Po wejściu do studia nagrań McCartney postanowił przekuć ten szkic na utwór na albumie. Przeformułował on luźno rozumiane metody kubistycznej ekspresji na język muzyki tworząc kolaż różnorodnych aranżacji (piosenka francuska, wersja symfoniczna, piosenka pijacka, autoparodie innych utworów z płyty) głównego tematu, którego efekt możemy oglądać na „Band on the Run”

Jednak z całego albumu najczęściej wracam do closera „Nineteen Hundred and Eighty-Five”. Brzmiący jak apokaliptyczna wersja bondowskiej piosenki posiada w głównym temacie wyważoną grę pomiędzy basem, klawiszami i syntezatorowym tłem. Za połową rozwija się, gęstnieje z każdą sekundą. Gdy już wydaje się że przy gitarowym solo nastąpiła kulminacja kompozycji pojawia się jeszcze bardziej intensywny saksofonowy popis. Mistrzostwo w budowaniu napięcia i rozkładaniu akcentów w piosenkowej formie.

Zwykły wpis
Scritti Politti

Z cyklu „Wstydliwe wyznania”: odc. 1 – „Słuchałem reggae”

306. „Asylums in Jerusalem” Scritti Pollitti

Mimo, że z reggae nigdy nie było mi po drodze i nie trawię tego gatunku w czystej postaci, to takie kolaboracje w ramach szeroko pojętego ambitnego popu uważam za strzał w dziesiątkę. Bas wygrywa klasyczne melodie i rytmy, a gitara jest prawie nie niewidoczna. Ale tutaj to perkusja, chórki i główny wokal prowadzą przez cały utwór asymetryczną grę, która osiąga swoją kulminację w 1:51, gdzie wszystkim zaczyna rządzić błoga nieregularność.

Zwykły wpis
ABBA

Przepowiednie według ABBY

307. „Knowing Me, Knowing You” ABBA

Układ tego utworu wygląda w następujący sposób – spokojna, liryczna zwrotka ze znakomitym basem przechodząca w orkiestrowy, enigmatyczny refren oparty na niesamowitych wokalnych harmoniach, przechodzący w gitarowy popis rodem ze „Starmana” Davida Bowiego. Kompozycyjny majstersztyk.

Tekstowo to szczere, rozdzierające wyznanie dwojga rozstających się ludzi, będące niezamierzoną zapowiedzią przyszłych rozwodów członków zespołu. Teledysk zaś zdaje się nawiązywać do finałowej sekwencji z „Persony” Ingmara Bergmana. Jak widać wszystkie poziomy utworu – tekstowy, muzyczny i wizualny to klasyczne punkty w którym krzyżują się najlepsze cechy kultury masowej i elitarnej. Ale można dalej mówić że ABBA to „tylko” pop.

Zwykły wpis
U2

Jak dobrze rozpocząć (lub zakończyć) film

308. „First Time” U2

„Million Dollar Hotel” Wima Wendersa to z pozoru prosty film o mieszkańcach pewnego hotelu, z wątkiem miłosnym, kryminalną zagadką. Jednak szybko okazuje się, że coś się tu nie zgadza. Bohaterowie są to nieprzystosowani do życia w społeczeństwie dziwacy, romans jest bardzo odmienny od tego co zwykliśmy oglądać w kinach, a wątek kryminalny zostaje subtelnie ukryty w fabularnym labiryncie. Nie jestem go w stanie obiektywnie ocenić – posiada parę absurdalnych (w złym sensie) rozwiązań fabularnych, luk logicznych, ale broni się niesamowitym zakończeniem, który (uwaga – tu utarty frazes) nie pozostawi nikogo obojętnym.

Film ten otwiera sekwencja okraszona dzisiejszą piosenką. Nie będę jednak nikogo przekonywał o jej walorach muzycznych czy tekstowych. Ciężko by mi było się nawet do nich odnieść, gdyż łączy się ona dla mnie nierozdzielnie z odbiorem tego filmu.

Zwykły wpis