Sufjan Stevens

Wyjście poza strefę komfortu, czyli o roztańczonej teatralnej publice

27. „Impossible Soul” Sufjan Stevens

Po serii znakomitych folkowych wydawnictw Sufjan Stevens postanowił pójść o krok dalej – nagrać album z wykorzystaniem diametralnie odmiennych środków. Postawił na kompozycyjny rygor nie dopuszczający do użycia naturalnych instrumentów – wszystko miało zostać nagrane elektroniką. Oznaczało to dla niego usytuowanie się na poziomie ucznia, początkującego (i pamiętajmy że mówimy tu o uznanej gwieździe dosyć dużego formatu z obszaru muzyki alternatywnej).

Tak właśnie powstał „Age of Adz” – jeden z najgorszych albumów Sufjana, który jednocześnie traktuję jako wielki pokaz jego możliwości twórczych. Na taki przeskok stylistyczny stać tylko największych – Radiohead na „Kid A”, King Crimson, Bowiego, Beatlesów.

To co na początku wydawało się być średnio udanym albumem okazało się później wielkim audiowizualnym projektem scenicznym, który miałem przyjemność oglądać 5 maja 2011 roku w Teatrze Polskim. Do tej pory uznaję ten występ za najlepszy koncert, w którym miałem okazję brać udział. Ba! Nawet na nim tańczyłem – gdy chórki zaśpiewały „One two three four!
It’s a long life(…)”, a z sufitu zaczęło się sypać konfetti.

Ale wtedy cała sala tańczyła razem z Sufjanem.

Reklamy
Zwykły wpis
The Flaming Lips

Ostatnia popowa symfonia

28. „Race for the Price” The Flaming Lips

Flaming Lips, to zespół którego albumów ciężko jest mi słuchać w całości, rzadko udaje mi się przetrwać do końca bez skipowania. Największą zaletą zespołu są jednak podobno występu na żywo – będące połączeniem wybitnego songwritingu, subtelnych, delikatnych wokali oraz przepychu na granicy kiczu i psychodeli. Na koncertach konfetti i balony przewalają się przez scenę i widownię, wokalista Wayne Coyne chodzi w dmuchanej kuli po publiczności, a zespół poprzebierany jest za zwierzęta lub bajkowych bohaterów. Ich inwencja w zaskakiwaniu widzów nie ma granic. Całość bardziej przypomina średniowieczny jarmark, gdzie łączone było to co wysokie, z tym co niskie, gdzie powaga mieszała się z zabawą, gdzie występowali zarówno prawdziwi artyści, jak i zwykli szarlatani. A co najważniejsze Flaming Lips tworzą ten cały spektakl z premedytacją, z pełną świadomością tego co robią.

A dzisiejszy utwór to jest moment gdy wysmakowany barokowy pop, pełen kompozycyjnych smaczków spotyka potężną, dopracowaną produkcję na najwyższym historycznym poziomie.

Zwykły wpis
Caetano Veloso

Emigrant song

29. „London, London” Caetano Veloso

Caetano Veloso znany głównie jako „eksportowa” (wręcz dosłownie) twarz brazylijskiego artystycznego – społecznego ruchu Tropicalia (albo Tropicalismo). Za działalność „wywrotową” został w 1969 roku, razem z Gilberto Gilem, internowany przez tamtejszą dyktaturę wojskową.

Jeśli chodzi o muzykę, tropicalia to połączenie bitelsowego popu, jazzu, muzyki latynoskiej i poezji śpiewanej, skomplikowany i awangardowy, ale jednocześnie niezwykle przyjemny w odbiorze. Wpływy tej muzyki słychać m.in. w twórczości Becka (utwór „Tropicalia”, płyta nazwana w hołdzie innemu zespołowi nurtu Os Mutantes), Davida Byrna z Talking Heads i Davandary Banharta. I choć na razie z całego ruchu poznałem praktycznie tylko Veloso, ale w planach mam prześledzenie całości, portale z muzyką alternatywną „jak jeden mąż” proponują ogarnięcie całości zjawiska.

Dzisiaj „London, London” – prosta, ale wspaniała pieśń, w której Caetano opowiada o swoich pierwszych odczuciach związanych z emigracją do Anglii – o samotności, nadziei na lepsze jutro, ale przede wszystkim o akceptacji życia w całej jego okazałości.

„I choose no face to look at, choose no way
I just happen to be here, and It’s ok
Green grass, blue eyes, grey sky, God bless
Silent pain and happiness
I came around to say yes, and I say”


Zwykły wpis
Scritti Politti

Radosne hymny okresów okołourlopowych

30. „Don’t Work That Hard” / „Lover to Fall” Scritti Politti

Z wierzchu klasyczne poptymistyczne songi z lat 80-tych, lekko trącące posmakiem kiczu tego okresu, ale w głębi daje się zauważyć kunsztowne, minimalistyczne kompozycje, niesamowicie precyzyjną rytmikę oraz przejrzystą produkcję.

Kolejny z moich żelaznych faworytów w wyborach na maratońskie soundtracki – jest rytmika, optymizm i energia – wszystko czego mi potrzeba w takiej sytuacji.

Zwykły wpis
Marvin Gaye

Kim jest Marvin Gaye cz.3: Perfekcyjny duet

31. „Ain’t No Mountain High Enough” Marvin Gaye & Tammi Terrell

Marvin Gaye po raz kolejny (wcześniej na miejscach 135 i 236), tym razem w parze z Tammi Terrell. Dwa wspaniałe głosy w monumentalnej pieśni o miłości. Jak zawsze w przypadku wytwórni Motown doskonale wyprodukowane.

Niestety historie życia zarówno Marvina Gaye i jaki Tammi Tarrell nie należały do szczęśliwych. U Tammi w pół roku po wypuszczeniu tego singla zdiagnozowano raka mózgu, z powodu którego ostatecznie zmarła w 1970. U Marvina pojawiły się w tym czasie pierwsze problemy z narkotykami i depresją. Jednak jego kariera muzyczna dopiero miała rozkwitnąć – o czym więcej opiszę w kolejnej, ostatniej już części o tym wokaliście. Już za parę pozycji.

Zwykły wpis
Kate Bush

W egzotycznych szatach

32. „Fullhouse” Kate Bush

Moja ulubiona kompozycja Kate Bush – melodia wije się w niespotykanych kombinacjach, zaskakując po każdej nucie. Tak bardzo w jej stylu, tak bardzo odmiennym od innych. A jej dramatyczny Głos w refrenie idealnie współgra z brzmieniem gitar a’la Santana w refrenie.

Jak słusznie ktoś ostatnio zauważył jest w niej coś egzotycznego, w sensie nieprzystawania do standardów kultury europejskiej. Dlatego właśnie tak naturalnie wyszedł jej udział w reklamie zegarków Seiko na rynek japoński.

Zwykły wpis
Grzegorz Ciechowski

Czołówka światowego modern folku

33. „Piejo Kury Piejo” Grzegorz z Ciechowa

Kto mógł coś takiego wymyślić – gitarowa bossanova, bit z eurodisco, sample z ludowej przyśpiewki, flecik, ten pseudomurzyński rap i wszechobecne gdakanie – na papierze koszmar, a tu wszystko jakoś się zgadza i współbrzmi.

Czy to wszystko na poważnie czy dla zgrywy? Znakomity Jana Jakuba Kolskiego teledysk nie odpowiada na to pytanie. To jest światowa sprawa, utwór którym bez kompleksów można się chwalić poza granicami naszego kraju. Odwaga Ciechowskiego w trakcie niecodziennego projektu wprowadzania polskiej muzyki ludowej na rozrywkowe terytoria naprawdę godna podziwu. A że doprowadził tym utworem (i albumem „ojDADAna”) do wściekłości twardogłowych etnografów – to tym lepiej.

Zwykły wpis