David Bowie

Tytułem wstępu

David Bowie „Lazarus”

Bowie zawsze miał niezwykłą umiejętność odnajdywania najciekawszych trendów w muzyce danego czasu i przekształcania ich do swoich kompozycji. Tak było z „Low” czerpiącym pełnymi garściami z nieznanego dla szerszej publiczności krautrocka, soulowe „Young Americans”, idące wspólnie ze zwycięskim pochodem glam rocka „Ziggim Stardustem”, a „Hunky Dory” to już pełna paleta najlepszych inspiracji ówczesnej muzyki rozrywkowej. I tego zmysłu wyszukiwania nie zagubił również na swojej ostatniej płycie. W przypadku albumu „Blackstar” sam Bowie przyznawał, że natchnął go w dużej mierze jednym z najważniejszych współczesnych twórców, pochodzącym z odmiennych rubieży muzyki. Którym? O tym i o mojej ulubionej płycie ubiegłego roku napiszę jutro.

A dziś „Lazarus” wspaniały utwór pochodzący z po prostu dobrej płyty (co w przypadku artysty tej klasy plasuje ją poza pierwszą dziesiątka dokonań Brytyjczyka). Ostatni z apokaliptycznych gigantów z jego kolekcji – tym razem z fantastycznym potężnym brzmieniem i perfekcyjnie depresyjnym saksofonem.

Reklamy
Zwykły wpis
David Bowie

O bezsilności, przemijaniu i ciągłych zmianach

David Bowie

Dzisiaj będzie wyjątkowo jak na mnie sentymentalnie.

Od tygodnia zbieram się powoli do wznowienia działalności bloga jednak dopiero wczorajsze wydarzenie zmotywowało mnie do działania. Wczoraj 10 stycznia 2016 roku zmarł David Bowie.

Jeszcze 5 dni temu słuchałem „Lazarusa” bardzo pozytywnie zaskoczony jakością kompozycji, zastanawiałem się w jaki sposób wyjdzie mu cały album. Jeszcze w czwartek przyjaciel wysłał mi link do strony, która po wpisaniu swojego wieku pokazywała co w tym czasie robił Bowie, dającą przez analogię nadzieję na sukcesy w życiu zawodowym (wszak u progu trzydziestki powstawała Trylogia Berlińskia z wielkim „Low” na czele). Ale wtedy nie przypuszczałbym, że aż tak ruszy mnie ta informacja.

Wiele razy wypowiadałem się z uznaniem dla jego twórczości.  Na dawnej liście 130 moich ulubionych wykonawców Bowie zajął zaszczytne drugie miejsce, ustępując jedynie czwórce chłopaków z Liverpoolu. To, że „Heroes” zajął pierwsze miejsce na liście moich ulubionych utworów wszech czasów wiecie już od paru miesięcy. Jednak to moje uwielbienie dla jego muzyki to było trochę za mało na taka reakcję. Cały dzień zastanawiałem się, które aspekty jego twórczości trafiają do mnie najmocniej. Zgrałem płytę CD z moim zdaniem najważniejszymi albumami (prawie wszystko od „Hunky Dory” do „Scary Monster”) i zacząłem słuchać.
Wybierałem w głowie utwory, które nie tylko teraz, ale „od zawsze” najbardziej ruszały moje emocje. I nagle tchnęło mnie jedna myśl będąca najlepszą odpowiedzią na pytanie: „dlaczego David Bowie jest tak ważną dla mnie postacią” i co tak naprawdę najbardziej przyciąga mnie do tych nagrań. Była to niezwykła umiejętność przekazania w swoich najlepszych piosenkach jednego motywu – bezsilności człowieka wobec sił większych od niego. Niezależnie czy była to pustka przestrzeni kosmicznej („Space Oddity”), heroinowy nałóg („Station to Station”), historyczny detrminizm („Heroes”), przerośnięte ambicje („Rock n’ roll Suicide”) skończoność życia ludzkiego („Five Years”) czy innych.
Ponura wizja, prawda? Ale wśród tej beznadziejnej sytuacji ten wiecznie-odgrywany-przez-Bowiego bohater, Major Tom czy inny Ziggy Stardust w akcie desperacji poszukuje nowych szans i możliwości. Jego główny atrybut to wieczna potrzeba zmiany. W „Moving the River” Prefab Sprout jest to fascynujące zdanie: „You surely are a truly gifted kid / But you’re only good as / The last great thing you did”, śpiewał je Paddy McAloon, ale to Bowie sprawiał przez całe życie wrażenie osoby, która budzi się codziennie rano z tymi słowami na ustach.

W kontekście tego co napisałem zdałem sobie sprawę, że tak ciągła potrzeba zmiany, przedefiniowywania własnej tożsamości tak wyraźna przez calą twórczość Davida Bowie inspirowała mnie od lat. Ale również w kontekście zmian, które planuje w swoim życiu zawodowym odegrał on swoją istotną rolę. To właśnie jego „Speed of Life” leciało na głośnikach bezpośrednio przed ostateczną decyzją i dało impuls do działania. O co chodzi? Osoby znające mnie prywatnie niedługo się dowiedzą. Dla nich i wszystkich innych czytelników tego bloga wstawiam dzisiaj „Alladin Sane” największy brak z dyskografii Bowiego na liście moich ulubionych utworów. Dodatkowo proszę o cierpliwość  – blog już niedługo ruszy w dawnej formule. Już za długo pozwalałem dobrej, mało znanej muzyce leżeć w zapomnieniu.

Zwykły wpis