Of Montreal

Od szaleństwa do szaleństwa

Of Montreal „Lysergic Bliss”

Początek ewidentnie wskazuje na inspiracje wczesnymi Pink Floydami, ale rozwinięcie to już radosna przesłodzona do granic możliwości sunshine popowa piosenka z progresywnymi zapędami (ach, te zmiany tempa). A gdzieś na koniec nawet pojawiają się wielogłosowe awangardowe zabawy przybliżone do tego co robi Gentle Giant w „Knots”.

Reklamy
Zwykły wpis
Nik Kershaw

O tym jak mały Nik zawojował listy przebojów

Nik Kershaw „Riddle” / „Wouldn’t It Be Good”

Krótka historia. Jakieś rok temu jeden z krytyków muzycznych promował na swoim fanpage’u postać artysty o nazwisku Kershaw zachwalając go jako jedną z zapomnianych perełek lat 80-tych. Tych z rodzaju „znam utwór – nie wiem czyje to”. To myślę sobie sprawdzę, co mam nie sprawdzić.

Na pierwszy ogień „Wouldn’t It Be Good”. Pierwsze dźwięki – znam. Pierwsze wrażenie o głównym temacie z okolic „Krainy Łagodności” jednej z topowych stacji radiowych dla wszystkich i dla nikogo. Tak przemaglowane, że nie zwraca się już uwagi na szczegóły. A to przecież na szczegółach oparty utwór. Z jednej strony krystalicznie ładne brzmienie, a z drugiej niesamowite rzeczy w melodii zwrotki. Tak zwrotki – nie refrenu. Jak na pierwszy świadomy kontakt jest efekt „wow”. Więc drążę dalej.

Krytyk chwali „Riddle” – to włączam. A tu co? Melodia którą znam „od zawsze”, ale w odmiennym wydaniu. Za młodu przez lata krążyła za mną ta melodia w wykonaniu Gigi d’Agostino. Nie to że bym był jego fanem. Bynajmniej. Ale melodii jak najbardziej. Łącząca wszystko co szlachetne w rocku, z przystępnością popu i ciągotami do brzmieniowego dziwactwa. Marszowa, enigmatyczna, epicka.

Cdn.


Zwykły wpis
Minuteman

Jak owajać hardcore punk z resztą świata?

Minuteman „Viet Nam”

Najważniejsze dzieło tego zespołu – „Double Nickels on the Dime” to absolutny albumowy gigant amerykańskiej sceny gitarowej, nie tylko w sensie objętościowym (45 utworów, 1 godzina 20 minut czasu trwania!!!), ale zwłaszcza jakościowym – doskonale wyważony hardcore punk z funkową linią basu  i niezliczoną ilością inspiracji (jazz, dance-punk, blues, country, folk). Praktycznie co utwór to petarda, zarówno muzycznie jak i tekstowo.

Zwykły wpis
Legendary Pink Dots

Kosmiczne ballady

Legendary Pink Dots „Belladona”

Zespół, który obrósł w Polsce kultem wśród mrocznych fanów Tomasza Beksińskiego wychodzący jednak daleko poza gotyckie klimaty. Charakterystyczna w ich przypadku jest niesamowita eklektyczność całej twórczości przy jednoczesnych wyrazistych znakach rozpoznawczych ich stylu – blisko tu do introwertycznej psychodelii w ambientowych, przestrzennych aranżacjach, czasem przebija krautrockowe szaleństwo, post-punkowy chłód czy elektroniczny folk. Jeśli poszukujesz w muzyce szczypty nieokiełznanej inności to jesteś pod dobrym adresem.

Na potrzeby wpisu wybrałem chyba najbardziej przystępny z utworów LPD, czyli „Belladona” (z ich najbardziej popularnej, a zaraz najbardziej reprezentacyjnej płyty „Maria Dimension”), z tą spokojną melorecytacją i niepokojącym space rockowym tłem.

Zwykły wpis
Knower

Pop przyszłości

Knower „Time Traveler”

Plan był prosty – 30 minut  dwuminutowych interwałów w średnim tempie 12 km/h z delikatnym podbiegiem (3 stopnie). Na ostatnim fragmencie przyspieszenie do 13km/h.

Początek spokojny – ma być coś rytmicznego, jakieś energetyczne repetycje. Wypada na Pet Shop Boys. Jedno, drugie, trzecie przyspieszenie. Samopoczucie wyjątkowo dobre, fragmenty szybkie mocno wchodzą w nogi, odpoczynki regenerują.

Szybko mija półmetek. Mięśnie się już rozgrzały więc na drugą połowę należałoby trochę przyspieszyć. Tempo wzrasta do 13km/h, nachylenie już 4 stopni, player przeskakuje na Gesu No Kiwami Otome.

Kolejne interwały znikają jeden za drugim – 16 minuta, 20-ta, 24-ta. Pora na ostateczny dojazd. Nogi są mocne, ale oddech słaby, więc na ostatni fragment potrzeba jakiegoś endorfinowego power-songa. W ostatniej chwili przerzucam na Knower.

Od pierwszych chwil dostaję energetycznego kopa. Podbijam nachylenie do maksymalnego, tempo do 14km/h. Jednak po 30 sekundach to jeszcze za mało, znowu przyspieszenie. Nogi ledwo wyrabiają za uciekającą taśmą bieżni, podwyższam krok, ręce pracują jeszcze mocniej. Ludzie wokół dziwnie się patrzą, bo urządzenie całe się trzęsie. Na ostatnie pół minuty daje już wszystko co fabryka dała – tempo 17km/h na podbiegu. Mózg krzyczy z braku tlenu, płuca to samo, ale wchodzi drop w „Time Traveler” i już wiem że dotrwam te ostatnie chwilę, mimo, że patrze i odliczam już ostatnie sekundy do cooldown-u.

Na schłodzeniu ledwo co stoję na nogach, ale było warto bo aż czuje że forma powoli rośnie.

Zwykły wpis
Jethro Tull

Buszujący w puszczy

Jethro Tull „Thick as a Brick”

Długobrodzi weterani folk-rockowego grania prezentują nam swoje opus magnum. 40-minutowego giganta będącego z jednej strony klasyczną progrockową suitą, a z drugiej parodią dla koncept-albumów innych wielkich bandów tego gatunku. Ale najważniejsze jest w nim ambitna próba podjęcia Salingerowej tematyki w charakterystycznym dla Iana Andersona kpiąco-ironicznym tonie.

Ps. A z warstwy muzycznej uwielbiam solówkę na flecie pojawiającą się w 14:10.

Zwykły wpis
Bon Iver

Z leśnej chatki

Bon Iver „Flume”

W kategorii współczesnych, fokowych songwriterów mam oczywiście jednego zdecydowanego faworyta, którego czytelnikom tego bloga nie trzeba przedstawiać. W związku z tym wyjątkowo surowo oceniam jego konkurentów w tej materii. Jednak na twórczość Justina Wernona nie mogłem pozostać obojętny. W XXI wieku w dalszym ciągu czuję zapotrzebowanie na tych chłopców z gitarą, którzy czują potrzebę zaszycia się w niedostępnych leśnych rejonach północy USA i rozmyślania o życiu, zwłaszcza jeśli efekty są takie jak na „Flume”

Zwykły wpis