David Bowie

Człowiek, który spadł na ziemię

1. „Heroes” David Bowie

Na stosownym sobie miejscu pojawia się utwór dla mnie szczególny. Utwór, który zachwyca w tak wielu kryteriach, że to aż wydaje się niemożliwe. Ale po kolei.

Historia i pierwotny kontekst.
Nagrany w „berlińskim” okresie twórczości Bowiego powstał jako próba przetworzenia na język kultury popularnej dorobku eksperymentalnej muzyki niemieckiej lat 70-tych, tzw. krautrocka (o którym już parę razy w tej liście wspominałem). Nawet tytuł ma być nawiązaniem do kawałka „Hero” zespołu Neu! Jednak krautrock, muzyka wysoce wykoncypowana i matematycznie dopieszczona, w wydaniu Bowiego została przetworzona w romantyczną balladę o parze mieszkającej po dwóch stronach muru berlińskiego. Jednak ta jednostkowa historia urosła z czasem do rangi uniwersalnej przypowieści o związku niemożliwym, osiąganiu szczytów swoich możliwości czy znaczeniu szczęścia w ogóle.

Muzyka.
Zachwycające zastosowanie „Ściany dźwięku” w produkcji dające wrażenie potęgi i monumentalizmu (często przychodził mi na myśl, że to bardzo Wagnerowy utwór), a to co w tle wyrabia Robert Fripp przechodzi ludzkie pojęcie. Przetwarza gitarowe motywy w ten hipnotyzujący motyw przewijający się przez cały utwór, który zdaje się za każdym razem świdrować mój umysł. To już nie krautrock, nie ambient, zdaje się tym utworem torować drogę dla shoegazowych mistrzów. Zawsze byłem zdania, że najlepsi gitarzyści to Ci, którzy w najważniejszym momencie potrafią usunąć się w cień i tylko nieśmiało dokładają swoją cegiełkę do struktury kompozycji. Dlatego Fripp to mój numer jeden.

Dodatkowe konteksty.
Kawałek ten bardzo szybko dorobił się wielu dodatkowych znaczeń. Kojarzony jest często z końcowym okresem Zimnej Wojny. Przywoływany jest również w kontekście upadku Bloku Wschodniego i Muru Berlińskiego. Stał się także dosyć szybko nieoficjalnym hymnem ruchu olimpijskiego i został zaśpiewany na ceremonii otwarcia Igrzysk w Londynie. Kawałek ten zdaje się również być najważniejszym punktem granicznym pomiędzy wielkim przeskokiem stylistycznym w muzyce jaki dokonał się pomiędzy latami 70-tymi i 80-tymi.

Wykonanie albumowe i live.
Bowie rozpoczyna utwór bardzo spokojnie – delikatnie snuje historie. Jednak z biegiem czasu śpiew przybiera coraz bardziej dramatycznego tonu dodając utworowi niesamowitego ładunku emocji.
Tak samo jest w wersjach koncertowych (jak np. tej). Bowie żartuje, rzuca na lewo i prawo swoim szelmowskim uśmiechem. Tak też zaczyna utwór – w wielkostadionowym, żartobliwym tonie. Później jednak wokalista poważnieje i śpiewa z pełną gamą emocji – smutku, gniewu, rozczarowania i bolesnego pogodzenia z losem, aż do załamania głosu.

Słowo końcowe.
Co ważne przy tym wszystkim co przed chwilą napisałem „Heroes” pozostaje utworem pop, i to z tych z rodzaju radio friendly. A Bowie – człowiek- kameleon, kosmita Ziggy Stardust, szalony heroinista A Lad Insane, flirtujący z nazistowskimi symbolami Thin White Duke, crossdresser czy MTV superstar w swoim najlepszym utworze pokazał swoją najwrażliwszą, część swojej natury – twarz prawdziwego humanisty.

Ps. John Lennon (tak, ten z Beatlesów) powiedział kiedyś, że chciałby nagrać kiedyś coś tak dobrego jak ten utwór i nie mogę znaleźć już lepszej rekomendacji.

Reklamy
Zwykły wpis
Uncategorized

Przed Wielkim Finałem

Dzisiaj otrzymałem od WordPressa tę oto odznakę:)

Prezent

 

Roczny challange powoli się kończy. Pozostał już tylko jeden utwór i pora na krótkie podsumowanie.

Do tej pory pojawiło się już 182 różnych wykonawców, w ponad 380 utworach (biorąc pod uwagę miejsca zajmowane przez parę kawałków).

Najwięcej razy wymieniani zostali:
– The Beatles – 17 razy
– David Bowie – 9 razy
– The Smiths – 9 razy
– Sufjan Stevens – 9 razy
– Prince – 8 razy
– Talk Talk – 6 razy
– XTC – 6 razy
– The Clash – 6 razy
– The Fleetwood Mac – 6 razy
– Stevie Wonder – 6 razy
– Afro Kolektyw – 6 razy
– Radiohead – 5 razy
oraz Talking Head, Pet Shop Boys, Modest Mouse, King Crimson, Cocteau Twins, Marvin Gaye, ABBA, Elvis Costello, Michael Jackson oraz The Car Is On Fire – po 4 razy.

Co z jednej strony dosyć dobrze pokazuje moje główne preferencje, a z drugiej jest tylko wierzchołkiem góry lodowej.

Jak zwykle w takich posumowaniach dominują twórcy z krajów anglosaskich (USA i UK jak zawsze), jednak pojawiali się również postacie z dużo bardziej egzotycznych rejonów (Nigeria, Japonia, Islandia, Brazylia), jest również aż 38 polskich piosenek (zaznaczonych tagiem „polska”). Przez ten rok moje zainteresowania muzyczne znacznie się poszerzyły. W tym momencie ta lista wyglądałaby pewnie trochę inaczej i na pewno dużo różnorodniej.

Już jutro popołudniu miejsce pierwsze . Zapraszam jak zawsze do słuchania i komentowania.

Zwykły wpis
The Smiths

Niebo gwiaździste nade mną, The Smiths na słuchawkach

2. „There Is A Light That Never Goes Out” The Smiths

Ok – Johnny Marr tworzy harmonie nie z tej ziemi, bas cicho wygrywa niesamowite melodie, Morissey snuje swoją opowieść o miłości, a perkusja niepozornie spaja to wszystko w nierozłączną całość. Ale my to wszystko znamy już po prostu pod nazwą The Smiths. A tu jest coś więcej. Ten utwór nie poddaje się tak łatwo racjonalnej analizie. Ma on w sobie jakąś niesamowitą, senną aurę i perfekcyjny, niespotykany nigdzie indziej balans pomiędzy melancholijnym patosem, a prostotą, optymizmem i bezdenną depresją. Coraz ciężej się pisze gdy chodzi o same fundamenty mojej wiedzy i wrażliwości muzycznej. Więc napiszę tylko: kto ma uszy niechaj słucha – „Take me out tonight. Oh, take me anywhere, I don’t care, I don’t care, I don’t care…”.

Zwykły wpis
The Jam

Świat według Billy’ego Elliota (Piosenki, które mnie opisują cz. 3/3)

3. „Town Called Malice” The Jam

O samym The Jam już pisałem. Nawet dwa razy. O „Billym Elliocie” również. Tu następuje ich kumulacja, mająca swój efekt w jednej z moich ulubionych scen w historii kina.

Tytułowy bohater filmu wściekły po kłótni rodziny z nauczycielką baletu o kształt jego przyszłości odreagowuje w najbardziej naturalny dla niego sposób – tańczy. Reżyser delektuje nas wtedy przepiękną serią obrazów ilustrujących, z jednej strony frustrację i bezsilność chłopca, a z drugiej próbę przepracowywania traumy. A w tle leci idealnie dobrany „Town Called Malice” z tą rozpędzoną perkusją i tekstem rozpoczynającym się od słów: „Better stop dreaming of the quiet life cause it’s the one we’ll never know…”.

Najlepsze dopasowanie piosenki do fragmentu filmu ever.

PS. A że z postacią Billy’ego Elliota mam zaskakująco wiele wspólnego (poza jego głównym hobby, nie-taneczny ze mnie człowiek) to utwór pojawia się w tym, jak że zaszczytnym miejscu.

Zwykły wpis
Prefab Sprout

Jedno zdanie (Piosenki, które mnie opisują cz. 2/3)

4. „Moving The River” Prefab Sprout

Czy można wymyślić trafniejsze zdanie w temacie rozwoju osobistego niż:
„You surely are a truly gifted kid / But you’re only good as / The last great thing you did” ?

Słucham tego utworu zawsze, gdy brakuje energii i motywacji do realizacji kolejnych przedsięwzięć. Bez tego utworu nie byłoby maratonów, nie byłoby tegorocznej podróży po Europie i wreszcie nie byłoby tego bloga.

Zwykły wpis
Modest Mouse

Jak zainteresować sobą ludzi powtarzając siedem razy to samo zdanie (Piosenki, które mnie opisuja cz. 1/3)

5. „Dark Center of the Universe” Modest Mouse

Rozpoczynam ostatni mini-cykl, tym razem nawiązujący do cieszącego się parę lat temu dosyć dużą popularnością na portalach społecznościowych wyzwania „30 Day Music Challange”, polegającego na codziennym publikowaniu utworu opowiadającego na pytanie z określonej listy. Sam publikując pięć lat temu swoje odpowiedzi miałem poważny problem z postem o nazwie: „a song that describes you”. Po latach ciężko mi wybrać tylko jeden utwór, dlatego nie będę się ograniczał i wstawię ich aż trzy.

Dzisiaj o Modest Mouse i wycinku ich arcydzieła „Moon & Antarctica”. Albumu, który uwodzi, ale nie nachalnie. Albumu, który wręcz nie każe nam się lubić, ostentacyjnie grającym z emocjami i wrażliwością słuchacza. Obecnie muzyka aż nazbyt pochyla się nad słuchaczem, wręcz pada przed nim na kolana, prosząc o uwagę. „Moon & Antarctica” przywraca wiarę w muzykę, która „nie wskakuje nikomu do łóżka”, w muzykę której odbiorca musi być skrojony pod tę płytę, a nie płyta pod odbiorcę.

„Dark Center of the Universe” – wściekły, duszny, rozedrgany. Gdzie niby Isaac Brook atakuje nas swoim słowotokiem, ale tak na prawdę urzeka tutaj przejrzystość i minimalizm tekstu. Wszystko przez neurotyczne repetycje pojedynczych fraz z tą najwybitniejszą, powtórzoną siedem razy, na czele:

„Well it took a lot of work to be the ass that I am
And I’m pretty damn sure that anyone can
Easily, equally fuck ya over”

Zwykły wpis
The Stone Roses

Kawałek na trudne czasy

6. „I Am The Resurrection” Stone Roses

Teraz widze jak bardzo późny jest to moment na pierwsze pojawienie się tego zespołu na liście. Mimo, że ich debiut ubóstwiam to znaczenie tego utworu całkowicie przyćmiewa inne (znakomite skądinąd) pozycje jak „Made of Stone”, „Bye, Bye Badman”, „I Wanna Be Adored” czy „Waterfall”.

A dlaczego akurat „I Am The Resurrection”? Po prostu jest to utwór, który przesłuchiwałem w dwóch najcięższych momentach mojego życia. I dlatego na zawsze już zostanie dla mnie swoistym symbolem przezwyciężania życiowych kryzysów.

Ale żeby nie było, że uprawiam tutaj tylko tani sentymentalizm zachęcę również do spojrzenia na ten utwór z poziomu kompozycji. Mamy tutaj prostą dwudzielną konstrukcję. Pierwsza typowo piosenkowa, inspirujący proto-brit-pop w pełnej krasie. Druga to agresywny, parominutowy jam, z gatunku takich, które przekonują Cię by rzucić wszystko i zacząć naukę gry na gitarze.

Zwykły wpis