Datar

Najbardziej tragiczna grupa świata (Przystanek Islandia cz. 2)

Dátar „Leyndarmál” / „Gvendur á eyrinni”

Największym konkurentem dla Hljómar na nowo powstałej sceny rockowej na Islandii był reykjawicki Dátar.

W tym wypadku punktem zapalnym decydującym o tworzeniu się zespołu była seria ośmiu koncertów The Kinks, która odbyła się we wrześniu 1965 roku w Reykjawiku. Nowe zespoły zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. Szybko wiodącą rolę (pod nieobecność na wyspie Hjolmaru, zajętego karierą na Wyspach) przejął zespół Dátar.

Jego pierwszy minialbum wydany w lutym 1966 roku zawierał trzy utwory skomponowane przez mentora zespołu, klawiszowca Þórira Baldurssona. Szybko jednak swój talent ujawnił wokalista zespołu – osiemnastoletni Rúnar Gunnarsson, który już w wakacje 1966 roku zajął się dostarczaniem materiału na kolejny krążek.

Bardzo obiecująco zapowiadająca się karierę przerwała nagła wiadomość. Gitarzysta zespołu – Magnús Magnússon popełnił samobójstwo. Dátar przestał istnieć. Jak się później miało okazać innych członków zespołu spotkał równie tragiczny los. W 1972 roku Rúnar Gunnarsson nekany problemami psychicznymi i chorobą alkoholowa również popełnia samobójstwo. Karl Sighvatsson, klawiszowiec w 1991 roku zginął w wypadku samochodowym, a rok później perkusista Stefán Jóhannsson zmarł na raka.

Mimo wydania jedynie dwóch minialbumów skromna dyskografia zespołu Dátar w istotny sposób zapisała się w historii muzyki islandzkiej. Utwory takie jak „Leyndarmál” czy „Gvendur á eyrinni” z całą pewnością mogą konkurować z twórczością ich kolegów po fachu ze Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Pierwszy to klimatyczny senny barokowy pop na kształt The Zombies z intrygującą linią melodyczna gitary. Drugi to klasyczny kinksowy, powerpopowy wymiatacz, z brzmieniem gitary zbliżonym do słynnego brzęczenia Rickenbacker Rogera McGuinna.

Reklamy
Zwykły wpis
Hljómar

Czwórka z Keflavíku (Przystanek Islandia cz. 1)

Hljómar „Hringdu” / „Heyrðu mig góða”

To nie przypadek że akurat w Keflavíku powstał pierwszy najważniejszy zespół islandzkiego rocka. Nie dość, że w tym mieście znajdował się prężnie działający port, gdzie marynarze przywozili ze sobą paczki z dalekich krajów, w tym albumy popularnych zespołów muzycznych – The Beatles, The Kinks czy The Who. Dodatkowo na pobliskim wzgórzu Asbru usytuowana była baza amerykańskiej marynarki, w której na falach żołnierskiego radia grano najnowsze hity powstającej właśnie Brytyjskiej Inwazji. W sytuacji gdy w latach 60-tych państwowe radio na Islandii miało zakaz grania rockowej muzyki Keflavik stał się muzycznym oknem na świat.

W takich okolicznościach czwórka kolegów Rúnar Júlíusson, Gunnar Þórðarson, Gunnar Jökull Hákonarson i Björgvin Halldórsson rozpoczęła błyskawiczną, ogólnokrajową karierę i wprowadziła nowoczesność na rynek muzyczny zdominowany do tej pory przez banalny bublegum pop i tradycyjny islandzki folk.

W odniesieniu do ich twórczości pojawiły się często pojawiają się porównania do The Beatles, zwłaszcza z wczesnym okresie ich twórczości. Nie można ich jednak traktować w kategorii ambitnych kopistow. Pojawiają się u nich również niezwykle ciekawe elementy takie jak bossanova w kawałku „Hringdu”, odniesienia do barokowe popu w stylu The Zombies, czy elementy agresywnej dynamiki The Who.

Ich opus magnum to debiutancki album „Hljómar” z 1967 roku, gdzie brakuje słabych kawałków, a ukryte covery The Mamas and Papas i The Beatles (w języku islandzkim) organiczne pasują do całości.

W późniejszym okresie zespół (pod nazwą Thor’s Hammer) próbował swoich sił na rynku anglosaskim. Nie zrobił tam oszałamiającej kariery, jednak został on po latach doceniony i włączony do słynnej składanki „Nuggets II: Original Artyfacts From the British Empire and Beyond, 1964-1969”, obok takich gwiazd jak The Byrds czy Os Mutantes.

Zwykły wpis
Antonio Carlos Jobim, Elis Regina

O powstawaniu gatunku

Tom Jobim i Elis Regina „Águas de Março”

O tym, że Elis Regina jest wybitną wokalistką już wiemy z wpisu sprzed paru miesięcy. Jednak gdy mówimy o bossanovie musi pojawić się inne nazwisko – Antonio Carlos Jobim. Najważniejsza postać nurtu, autor dziesiątek klasyków na światową skalę, w tym soundtracku do filmu „Czarny Orfeusz”, utworów takich jak „Girl from Ipamena” czy właśnie „Águas de Março”. To on wymyślił i spopularyzował połączenie dwóch niezwykle pojemnych twórczo gatunków – brazylijskiej samby i cool jazzu.

Jednak nie należy kojarzyć go z atmosferą lounge barów dla dogorywających pijaczków o piątej nad ranem, które nie wiadomo dlaczego wyjątkowo upodobały sobie ten gatunki. Tutaj, mimo łagodnego, miękkiego brzmienia cały czas coś się dzieje, zmienia, żyje – patrz wybitny album „Wave”. Trzydzieści parę minut muzycznego konkretu – melodie, rytmy, orkiestracje.

Najczęściej wracam jednak do „Águas de Março” (może przez słabość do Elis Reginy). W którym urzeka niezwykła muzyczna chemia pomiędzy duetem, luz i epokowość, liryzm (tekst!) i popowa nośność. Nie dziwię się, że kawałek został wybrany najlepszą brazylijska piosenka wszech czasów (przy takiej konkurencji!)

Zwykły wpis
Tim Buckley

Najlepsze folkowe kawałki Milesa Davisa (Pierwsza jedenastka męskiego wokalu cz. 9/11)

Tim Buckley „Strange Feelin’ ” / „Lorca” / „Down by the Borderline”

Każdy utwór Tima Buckleya z pięciu najlepszych albumów (patrz na lata 1967-1970) to unikatowa, niepowtarzalna opowieść, rozpisana na GŁOS i tą resztę, którą akurat miał ochotę użyć do uzupełnienia całości. Wokalny talent dał mu doskonałą umiejętność  panowania nad nieokiełznaną ekspresją twórczej energii. I wykorzystywał go do granic możliwości. Melodyczna ekwilibrystyka zbliża nas tutaj dużo bliżej wypadkowej cool jazzu i atonalnej awangardy niż klasycznego folkowego grania.

Trzy zalinkowane utwory (wraz z prezentowanymi już tutaj  „Song to Siren” i „Pleasant Street„) to najbardziej reprezentatywne okazy możliwości wokalnych tego artysty. Gęsty, apokaliptyczny slow-jazz-rock („Lorca”), „Kind of Blue” psychodelicznego folku („Strange Feelin’ „) i rytmiczny (trąbka!) jazz-rockowy potwór („Down by the Borderline”) dobrze oddają skalę jego talentu.

tim buckley.jpg

Zwykły wpis
Simon & Garfunkel

Szałwia i rozmaryn czyli przewodnik po tradycyjnych angielskich przyprawami (Pierwsza jedenastka męskiego wokalu cz. 6 / 11)

Simon & Garfunkel „Scarborough Fair”

Simon to oczywiście mózg całego projektu, ale Art Garfunkel to jego idealny wykonawca.  Młodzieńczy, krystalicznie czysty wokal w 100% koresponduje z folkiem, zanurzonym w równym stopniu w angielskiej tradycji i amerykańskiej, dylanowej ówczesności.

Ale uwaga! Albumowe wersje to dopiero przedsmak – prawdziwą ucztą są koncerty, patrz poniższy fragment – 3:00.

art garfunkel.jpg

Zwykły wpis
Scott Walker

Amerykańska Inwazja (Pierwsza jedenastka męskiego wokalu cz. 2 / 11)

Scott Walker „Joanna” / „Jackie” / „War Is Over”
The Walker Brothers „Make It Easy On Yourself”

Obłędny baryton. Amerykanin odnoszący swoje największe sukcesy w Wielkiej Brytanii, stosunkowo mało popularny w Stanach, co stało w opozycji do brytyjskiej inwazji muzyki z Wysp do Nowego Świata.

Początkowo wybitny odtwórca dwóch wspaniałych tradycji: amerykańskiej „Great American Songbook” i francuskiego chanson. W późniejszym okresie kariery (mniej więcej na wysokości „Scott 3”) jego własny repertuar zaczyna dominować w dyskografii, dając nam popis jego umiejętności songwriterskich. Ale o tym już pisałem półtora roku temu.

Dzisiaj zgodnie z nazwą tego mini-cyklu wybrałem moje ulubione występy WOKALNE Walkera, bez rozróżnienia autora kompozycji.

1. „Make It Easy for Yourself” – poruszający break-up song autorstwa Burta Bacharacha i Hala Davida.
2. „Jackie” – przetłumaczona na język angielski ballada Jacques’a Brela pełna opisów życia ciemnej strony miasta – narkotyki, domy publiczne itp.
3. „Joanna” – piosenka małżeństwa Tony Hatch / Jackie Trent o inwokacja do niespełnionej miłości.
4. „War is Over” – rozmarzona ballada (proto-dream popowa?) z piątego solowego albumu, której autorem jest sam wokalista.

Ps. Nowszych kompozycji nadal boję się ruszać.

scott walker.jpg

Zwykły wpis
Harry Nilsson

O sztuce poprawnego przedstawiania (Co grają w kinie cz. 1)

Harry Nilsson / Aimee Mann „One”
„Magnolia” Paul Thomas Anderson

Stwierdzenie, że druga połowa lat 60-tych to okres niepodzielnych rządów trzech najwspanialszych kompozytorów muzyki popularnej – McCartneya, Lennona i Briana Wilsona wydaje się być obecnie truizmem. Jednak za ich plecami trwała nieustanna zażarta walka o artystyczne wyżyny.

Jednym z moich ulubieńców z drugiego garnituru  tego okresu jest Harry Nilsson. Ze swoim style nawiązuje on do wielkiej tradycji Great American Songbook. Niecodzienne zamiłowanie do wykonywania coverów (zwłaszcza w perspektywie skali swojego kompozytorskiego talentu) nie przeszkodziło mu w sukcesach z własnym materiałem. Z całej listy jego cudownych kompozycji z lat 1967-1972 jedna wybija się w szczególności. Oczywiście chodzi o „One” z albumu „Aerial Ballet”. Wprowadzona przez jednostajny klawiszowy motyw (zainspirowany przez sygnał zajętej linii w telefonie) i kontynuowana przez nieskazitelny wokal kompozycja to niesamowita impresja na temat samotności i ludzkiej potrzeby kontaktu – śmiało rywalizująca w emocjonalnym przekazie z „Yesterday” czy „Caroline No” wiadomych autorów.

Cover tegoż utworu w wykonaniu Aimee Mann został wykorzystany w niesamowitej sekwencji rozpoczynającej „Magnolię” Paula Thomasa Andersona. Śmiały przejazd wprowadzający głównych bohaterów tego intymnego quasi- (albo anty-) Altmanowskiego fresku to absolutna czołówka tego rodzaju zagrań w historii kina – „One is the loneliest number…”

Zwykły wpis