Shiina Ringo

Festiwal japońskich fetyszy

Shiina Ringo „Kyogen-shou” („I Am a Liar”) / „Yokushitsu” („Bathroom”) / „Honnou” („Instinct”)

Tutaj wszystko jest robione inaczej. W Europie mainstreamowy rock początku XXI wieku sięgał do albo zostawał w ogranych patentach z poprzednich dziesięcioleci (nuda!) albo szedł w stronę nietrafionych miksów stylistycznych jak nu-metal (koszmar!).

Tutaj wszystko idzie w inną stronę. Status supergwiazdy miała (i ma w dalszym ciągu) Shiina Ringo z repertuarem czerpiącym pełnymi garściami z alternatywnej tradycji cięższego grania. Największa zaleta? Umiejętność mieszania niesamowitej ilości gatunków na minuty kompozycji.

Z całego jej bogatego repertuaru (oprócz solowych wydawnictw była również wokalistka zespoły Tokyo Akcident) wybrałem trzy kawałki z albumu „Shoso Strip”:

1. „Kyogen-shou” – wspaniałe intro, monumentalny refren doskonale pokazujący możliwości wokalne Ringo, alt-free jazzowa gitarowa solówka

2. „Yokushitsu” – wydaje się rozpoczyna się chamskim techno-bitem, jednak już za chwilę wchodzi cudowny bas, który będzie przewijał się przez cały utwór. Klasyczny przetworzony wokal w zwrotce przechodzi w dream-popowe cudo w refrenie, a na przestrzeni całej kompozycji roi się od klawiszowych mikromotywów, perkusyjnych przeszkadzajek i fragmentów przesterowanej gitary.

3. „Honnou” – Najwiekszy hit wokalistki – swingujący w rytmie, rockowy w charakterze kawałek z sugestywnym teledyskiem, z Shiiną Ringo w stroju przebijającą szklaną szybę.

Tak w ogóle warto zrobić sobie przegląd jej teledysków. Składają się one na ciekawą mozaikę najpopularniejszych japońskich seksualnych fetyszy – oprócz pielęgniarki możemy tu spotkać m in. Shiinę Ringo w stroju uczennicy, Shiinę Ringo z kataną, Shiinę Ringo w kimonie, Shinnę Ringo tańczącą w deszczu i wiele innych

Reklamy
Zwykły wpis
Bestia Bebe

Czas na przerwę

Bestia Bebe „Un Fiesta En El Barrio” / „Tiger de Metal”

W przerwach pomiędzy słuchaniem muzyki ważnej, trudnej w odbiorze, obcej kulturowo czy angażującej emocjonalnie czasem czuję potrzebę prostego odprężenia. Lubię wtedy włączyć coś błogo rozluźniającego, jak te proste piosenki z argentyńskiego undergoundu o „imprezie w sąsiedztwie, która zdaje się nigdy nie kończyć”

Zwykły wpis
Los Hermanos

Rock de Janeiro – wersja alternatywna

Los Hermanos „Samba a Dois”

Kolejne udane łowy podczas polowania w głębiach brazylijskiej muzyki. Tym razem mariaż MPB z rockiem alternatywnym ze znakomitej płyty „Ventura”. Jeszcze nigdy słyszałem by samba postawiona obok współczesnej gitarowej muzyki brzmiała tak dobrze. Zwłaszcza gdy zwróci się uwagę na triumfalne outro, które wybrzmiewa od 2:23.

Zwykły wpis
Gesu No Kiwami Otome

Samba de Tokyo z Chopinem w tle

ゲスの極み乙女。 „キラーボール ” [Gesu No Kiwami Otome „Killer Ball”]

Jedno z moich największych odkryć 2015 roku. Japoński band złożony ze znakomitych instrumentalistów, łączący agresywne brzmienie alternatywnego rocka i melodyjność j-popu, dorzucając co chwile jakieś dodatki – tu jakaś samba, tam rap , gdzieś jeszcze fragment Chopina i progresywne ciągoty. I to wszystko na rozpędzonej dynamice jak w dzisiejszym „Killer Ball”. A to wcale nie jest ich najlepszy utwór – na pewno pojawią się na „The Colours of Music” jeszcze wielokrotnie.

Zwykły wpis
Saint Etienne

Francuskie miasta, angielskie zespoły i australijskie piosenkarki

„Nothing Can Stop Us” Saint Etienne

Dzisiejszy wpis dla przeciwwagi do wczorajszego.

Zwiewna, subtelna, taneczna kompozycja, która sporo zawdzięcza zarówno francuskiemu popowi lat 60-tych (Ye-Ye który czeka w kolejce do dokładniejszej eksploracji), jak i zespołom madchasterowym czy Primal Scream.

A najlepszą rekomendacją do tego utworu niech będzie to, że Kylie Minogue wzięła się za jego cowerowanie.

Zwykły wpis
Modest Mouse

Jak zainteresować sobą ludzi powtarzając siedem razy to samo zdanie (Piosenki, które mnie opisuja cz. 1/3)

5. „Dark Center of the Universe” Modest Mouse

Rozpoczynam ostatni mini-cykl, tym razem nawiązujący do cieszącego się parę lat temu dosyć dużą popularnością na portalach społecznościowych wyzwania „30 Day Music Challange”, polegającego na codziennym publikowaniu utworu opowiadającego na pytanie z określonej listy. Sam publikując pięć lat temu swoje odpowiedzi miałem poważny problem z postem o nazwie: „a song that describes you”. Po latach ciężko mi wybrać tylko jeden utwór, dlatego nie będę się ograniczał i wstawię ich aż trzy.

Dzisiaj o Modest Mouse i wycinku ich arcydzieła „Moon & Antarctica”. Albumu, który uwodzi, ale nie nachalnie. Albumu, który wręcz nie każe nam się lubić, ostentacyjnie grającym z emocjami i wrażliwością słuchacza. Obecnie muzyka aż nazbyt pochyla się nad słuchaczem, wręcz pada przed nim na kolana, prosząc o uwagę. „Moon & Antarctica” przywraca wiarę w muzykę, która „nie wskakuje nikomu do łóżka”, w muzykę której odbiorca musi być skrojony pod tę płytę, a nie płyta pod odbiorcę.

„Dark Center of the Universe” – wściekły, duszny, rozedrgany. Gdzie niby Isaac Brook atakuje nas swoim słowotokiem, ale tak na prawdę urzeka tutaj przejrzystość i minimalizm tekstu. Wszystko przez neurotyczne repetycje pojedynczych fraz z tą najwybitniejszą, powtórzoną siedem razy, na czele:

„Well it took a lot of work to be the ass that I am
And I’m pretty damn sure that anyone can
Easily, equally fuck ya over”

Zwykły wpis
Television

Zapatrzeni w Velvet Underground, zasłuchani w jazzie, czyli o najlepszej kompozycji w historii muzyki popularnej

8. „Marquee Moon” Television

Utwór rozpoczyna się charakterystyczną dla minimalizmu metodą nawarstwiania motywów – powoli do gry wchodzą gitara, później druga, bas, perkusja i ten motyw przewija się później przez cały dziesięć minut. Ale to dopiero początek, bo później jest jeszcze genialny riff w pre-chorusie (po raz pierwszy w 1:05) i refren ze wzrastajacym napięciem , aż do jego jednowyrazowego rozwiązania.

Jeśli miałbym wybrać na tę chwilę ten jeden ulubiony moment utworu będzie to chwila ciszy przed słowem „hesitating” po drugim refrenie, perfekcyjnie wymierzona, z idealnym napięciem. Ale później następują jeszcze dwie gitarowe solówki, przy czym druga połączona z solówka perkusyjna z rytmami zmienianymi praktycznie co parę taktów (druga gitara i bas grają swoje ze zwrotki). Potem rozwiązanie solówki i powrót do motywu z początku.

Wydaje się , że to w sumie nic takiego – jakieś powtarzanie motywów, riff, refren i dwie solówki. Ale w tym utworze Television w najpełniejszy sposób połączyli wiele, wydawałoby się niemożliwych do pogodzenia, przeciwieństw – punk ze współczesną muzyką klasyczną i jazzem, dynamikę poszczególnych partii instrumentów z niespiesznym tempem całego utworu, wyrafinowanie struktury z prostym powtarzaniem motywów, czy wybuchy emocji w refrenach z introspektywnym klimatem całości. A idealna równowaga pomiędzy wszystkimi elementami składowymi, połączona z niespotykaną przejrzystości brzmienia to klucz do ponadczasowosci tego utworu.

Zwykły wpis