Junius Meyvant

Artysta z archipelagu (Przystanek Islandia cz. 5)

Júníus Meyvant „Neon Experience” / „Beat Silent Need” / „Color Decay”

Prawdziwe imię i nazwisko: Unnar Gísli Sigurmundsson

Miejsce urodzenia: wyspa Heimaey w archipelagu Vestmannaeyjar (9 km na południe od Islandii)

Specjalność: nowoczesny folk ze orkiestrowymi aranżacjami i solowym wokalem.

Hobby: jazda na deskorolce, malarstwo i oprowadzanie fanów (za opłatą) po Heimaey.

Najciekawsze kompozycje:

3. „Color Decay” – mocne pociągnięcia smyczków

2. „Beat Silent Need” – subtelniejsze pociągnięcia smyczków

1. „Neon Expirience” – Curtis Mayfield by się nie powstydził tego cuda. Wspominałem już że Júníus ma dużo wspólnego z wyspą Heimaey? W tym miejscu jest nagrany teledysk do tego kawałka (puffin alert!)

Reklamy
Zwykły wpis
Datar

Najbardziej tragiczna grupa świata (Przystanek Islandia cz. 2)

Dátar „Leyndarmál” / „Gvendur á eyrinni”

Największym konkurentem dla Hljómar na nowo powstałej sceny rockowej na Islandii był reykjawicki Dátar.

W tym wypadku punktem zapalnym decydującym o tworzeniu się zespołu była seria ośmiu koncertów The Kinks, która odbyła się we wrześniu 1965 roku w Reykjawiku. Nowe zespoły zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. Szybko wiodącą rolę (pod nieobecność na wyspie Hjolmaru, zajętego karierą na Wyspach) przejął zespół Dátar.

Jego pierwszy minialbum wydany w lutym 1966 roku zawierał trzy utwory skomponowane przez mentora zespołu, klawiszowca Þórira Baldurssona. Szybko jednak swój talent ujawnił wokalista zespołu – osiemnastoletni Rúnar Gunnarsson, który już w wakacje 1966 roku zajął się dostarczaniem materiału na kolejny krążek.

Bardzo obiecująco zapowiadająca się karierę przerwała nagła wiadomość. Gitarzysta zespołu – Magnús Magnússon popełnił samobójstwo. Dátar przestał istnieć. Jak się później miało okazać innych członków zespołu spotkał równie tragiczny los. W 1972 roku Rúnar Gunnarsson nekany problemami psychicznymi i chorobą alkoholowa również popełnia samobójstwo. Karl Sighvatsson, klawiszowiec w 1991 roku zginął w wypadku samochodowym, a rok później perkusista Stefán Jóhannsson zmarł na raka.

Mimo wydania jedynie dwóch minialbumów skromna dyskografia zespołu Dátar w istotny sposób zapisała się w historii muzyki islandzkiej. Utwory takie jak „Leyndarmál” czy „Gvendur á eyrinni” z całą pewnością mogą konkurować z twórczością ich kolegów po fachu ze Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Pierwszy to klimatyczny senny barokowy pop na kształt The Zombies z intrygującą linią melodyczna gitary. Drugi to klasyczny kinksowy, powerpopowy wymiatacz, z brzmieniem gitary zbliżonym do słynnego brzęczenia Rickenbacker Rogera McGuinna.

Zwykły wpis
Scott Walker

Amerykańska Inwazja (Pierwsza jedenastka męskiego wokalu cz. 2 / 11)

Scott Walker „Joanna” / „Jackie” / „War Is Over”
The Walker Brothers „Make It Easy On Yourself”

Obłędny baryton. Amerykanin odnoszący swoje największe sukcesy w Wielkiej Brytanii, stosunkowo mało popularny w Stanach, co stało w opozycji do brytyjskiej inwazji muzyki z Wysp do Nowego Świata.

Początkowo wybitny odtwórca dwóch wspaniałych tradycji: amerykańskiej „Great American Songbook” i francuskiego chanson. W późniejszym okresie kariery (mniej więcej na wysokości „Scott 3”) jego własny repertuar zaczyna dominować w dyskografii, dając nam popis jego umiejętności songwriterskich. Ale o tym już pisałem półtora roku temu.

Dzisiaj zgodnie z nazwą tego mini-cyklu wybrałem moje ulubione występy WOKALNE Walkera, bez rozróżnienia autora kompozycji.

1. „Make It Easy for Yourself” – poruszający break-up song autorstwa Burta Bacharacha i Hala Davida.
2. „Jackie” – przetłumaczona na język angielski ballada Jacques’a Brela pełna opisów życia ciemnej strony miasta – narkotyki, domy publiczne itp.
3. „Joanna” – piosenka małżeństwa Tony Hatch / Jackie Trent o inwokacja do niespełnionej miłości.
4. „War is Over” – rozmarzona ballada (proto-dream popowa?) z piątego solowego albumu, której autorem jest sam wokalista.

Ps. Nowszych kompozycji nadal boję się ruszać.

scott walker.jpg

Zwykły wpis
Harry Nilsson

O sztuce poprawnego przedstawiania (Co grają w kinie cz. 1)

Harry Nilsson / Aimee Mann „One”
„Magnolia” Paul Thomas Anderson

Stwierdzenie, że druga połowa lat 60-tych to okres niepodzielnych rządów trzech najwspanialszych kompozytorów muzyki popularnej – McCartneya, Lennona i Briana Wilsona wydaje się być obecnie truizmem. Jednak za ich plecami trwała nieustanna zażarta walka o artystyczne wyżyny.

Jednym z moich ulubieńców z drugiego garnituru  tego okresu jest Harry Nilsson. Ze swoim style nawiązuje on do wielkiej tradycji Great American Songbook. Niecodzienne zamiłowanie do wykonywania coverów (zwłaszcza w perspektywie skali swojego kompozytorskiego talentu) nie przeszkodziło mu w sukcesach z własnym materiałem. Z całej listy jego cudownych kompozycji z lat 1967-1972 jedna wybija się w szczególności. Oczywiście chodzi o „One” z albumu „Aerial Ballet”. Wprowadzona przez jednostajny klawiszowy motyw (zainspirowany przez sygnał zajętej linii w telefonie) i kontynuowana przez nieskazitelny wokal kompozycja to niesamowita impresja na temat samotności i ludzkiej potrzeby kontaktu – śmiało rywalizująca w emocjonalnym przekazie z „Yesterday” czy „Caroline No” wiadomych autorów.

Cover tegoż utworu w wykonaniu Aimee Mann został wykorzystany w niesamowitej sekwencji rozpoczynającej „Magnolię” Paula Thomasa Andersona. Śmiały przejazd wprowadzający głównych bohaterów tego intymnego quasi- (albo anty-) Altmanowskiego fresku to absolutna czołówka tego rodzaju zagrań w historii kina – „One is the loneliest number…”

Zwykły wpis
Shuta Hasunuma

Surowo i symfonicznie

Shuta Hasunuma „Raw Town” / Shuta Hasunuma Philharmonic Orchestra „No Concerto”

Kawałek najczystszego popu na rok 2016. Bezpretensjonalnie przyjemny i szczerze radosny. Kluczowy fragment – wyciszenie od 1:40 do wspaniałego powrotu do głównego tematu w 2:15.

Warto spojrzeć na wcześniejsze dokonania utalentowanego Japończyka w Shuta Hasunuma Philharmonic Orchestra. Wyraźnie widać jak po 10 latach sufjanowy barok-minimal-folk pop rodem z „Illinoise” dalej mocno krąży w świecie muzyki.

Zwykły wpis
Zbigniew Wodecki

3+1, czyli zagubiona perła polskiej psychodelii

Zbigniew Wodecki „Panny mego dziadka” / „Posłuchaj mnie spokojnie” / „Rzuć to wszystko co złe” / „Pół na pół”

Na całe szczęście rehabilitacja po latach wspaniałej twórczości Zbigniewa Wodeckiego dokonała się za jego życia. Mnie pozostaje tylko wymienić te kawałki, które najczęściej goszczą na moich playlistach.

„Panny mego dziadka” – Rod Argent z The Zombies przyjechał do polski nagrać coś bardziej psychodelicznego od „Buther’s Tale”? Nawet na „Odessey and Oracle” byłby to czołowy kawałek.

„Rzuć to wszystko co złe” – flagowy kawałek wielkiego powrotu na scenę alternatywną. Tak dobry, że nawet w Trójce nie mogli go pominąć. Niezwykle blisko jest tutaj do brazylijskiego soulu o czym wspomnę w kolejnym wpisie.

„Posłuchaj Mnie Spokojnie” – „Raindrops keep falling on my head…”, a nie to jednak nie Burt Bucharach, ale poziom zbliżony.

„Pół na pół” – „…życie moje półwytrawne” – Mój ulubiony utwór Wodeckiego spoza debiutu. Bezpretensjonalny jazz-pop w PRL-u kontynuuje znakomitą passę po płytach Ewy Bem i Krystyny Prońko.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zwykły wpis
Orpheus

Czemu nie pozostać po ciemnej stronie mocy?

Orpheus „Dream”

Niszowy zespół kojarzony raczej z barokowym popem a’la zestaw odrzutów z The Zombies. Jednak u progu powstawania zespołu nagrali „Dream” – kawałek z zupełnie innego świata.

Całość spowija atmosfera gęstego niepokoju, bogato aranżowane tło tworzy znakomitą przestrzeń brzmieniową, która obiecuje Tajemnicę. Bliżej tu zdecydowanie do świata Karmazynowego Króla czy nawet Badalamentiego niż radiowych przebojów. Szkoda, że nie zostali w tych klimatach w tej materii mieli niezaprzeczalnie większy potencjał.

Zwykły wpis