Todmobile

Tu i teraz, czyli piosenkowe szczyty (Przystanek Islandia cz. 18)

Todmobile „Stúlkan”

Nieco ponad trzy minutowe cudo rozpostarte stylistycznie pomiędzy ósmą i dziewiątą dekada XX wieku. Dream-, indie-, jangle-, ale przede wszystkim POP „at its best”. Klawisze zerkają na The Stranglers, przycięta gitarka na radosne The Cure („Inbetween days”), wokal na Lushczy czy inne kobiece post-Cocteau Twins, ale wszystko spina się w cudownie zgranej organicznej materii.

I nie będę tu przekonywał o ważności, ponadczasowości czy zaletach technicznych tego kawałka. Czasem jednak chodzi w tym wszystkim o coś innego – samą przyjemność obcowania z piosenką – nie wyprzedzającą swój czas, nie idealną kompozycyjnie, lecz po prostu odpowiednią dla momentu „tu i teraz”. Tylko, że w przypadku „Stúlkan” to mityczne „tu i teraz” zdarza się nieustannie.

Ps. Tym samym kończę ten absurdalnie długo realizowany cykl o muzyce Islandzkiej. W najbliższej przyszłości wracam do formuły pojedynczych, niezobowiązujących wpisów o muzyce we wszystkich jej odcieniach, bez dyskryminacji ze względu na gatunek czy miejsce i czas powstania.

Zwykły wpis
Sigur Rós

Jak zwiedzać świat (Przystanek Islandia cz. 13)

Sigur Rós „Ágætis byrjun” (cały album)

Pierwsze skojarzenia z islandzką muzyką przeciętnego fana muzyki biegną zwyczajowo w stronę Björk. Jednak to nie ona jest najlepszym wyznacznikiem tamtejszego klimatu i ducha. Jej twórczość choć głęboko zanurzona w post-punkowej tradycji, bardzo prężnie rozwijanej na wyspie, jednak jest w prostej linii efektem drogi jaką przeszła anglosaska elektronika i trip-hop na początku lat 90-tych. Jeśli jednak chciałbyś poczuć prawdziwego ducha tego kawałka świata to koniecznie skieruj swoją uwagę w stronę Sigur Rós. 

Sam przez wiele lat nie byłem w stanie się przekonać do tego zespołu. Zwłaszcza w latach 10-tych, kiedy z jednej strony bliżej mi było zdecydowanie do progowych suit czy rockowych bangerów niż ambientowych orkiestracji, a z drugiej kiedy miałem się wrażenie, że w środowiskach (przy braku lepszego określenia) humanistycznych Sigur Rós słucha niemalże każdy. Jednak to dopiero wyjazd do ich ojczyzny był kluczowy w moim postrzeganiu tego zespołu. Wystarczyła pierwsza wyprawa samochodem wgłąb popularnej turystycznej trasy – Golden Circle by przekonać się, że nie ma lepszego soundtracku do przemierzania surowych północnych pustkowi niż ich twórczość. Wraz z kolejnymi podróżami wzdłuż i wszerz wyspy mój zachwyt wchodził na coraz to wyższy poziom.

Od tamtej pory w mojej głowie kolejny odsłuch poszczególnych utworów każdorazowo przywołuje na myśl konkretne miejsca nierozerwalnie z nimi związane, tak jak „Flugufrelsarinn” to majestat i potęga Detoffossu, „Ágætis byrjun” to swojskość Snæfellsnesu a „Svefn-g-englar” to piękno pustki na trasie między Skaftafell a Kirkjubæjarklaustur (tak przy okazji – najlepsza nazwa miejscowości ever).

Ps. I zdaję sobie sprawę że w cyklu o muzyce islandzkiej nie da się opisać bardziej oczywistego artysty (nie bójmy się tego słowa), ale zarazem nie sposób było ich pominąć.

 

Zwykły wpis
Golpes Bajos

Wzruszające pasaże fortepianu (Szybka piątka z Golpes Bajos cz. 5/5)

Golpes Bajos „Hansel y Gretel”

Niestety płyta „Devocionario” okazała się być ostatnim studyjnym krążkiem grupy Germana Copiniego, a członkowie w 1987 roku zajęli się nowymi projektami.

Jednak po ponad dekadzie życie napisało piękne post scriptum do klasycznego okresu ich wspólnej działalności.  W latach 1997-1998 doszło do reaktywacji zespołu,  w trakcie którego nagrany został album „Vivo” (czyli po prostu „na żywo”) z najważniejszymi utworami Golpes Bajos.  I o ile większość wykonan nie robi wrażenia w porównaniu z pierwotnymi wersjami to znalazł się jeden wyjątek. Jest nim „Hansel y Gretel”, bajkowa (i bajeczna), muzyczna przypowieść o żalu za niespełnionymi marzeniami. Znakomita dynamika, perkusyjne wstawki, urzekające klawisze i zaangażowany wokal Coppiniego – wers „No sé por qué todo sale mal!”(czyli „nie wiem dlaczego wszystko idzie źle”) cały czas dźwięczy mi w uszach. Jednak to wzruszające outro utworu to szczytowe osiągnięcie zespołu. 

Zwykły wpis
Maria Usbeck

Debiuty i powroty (Muzyka krajów okołorównikowych cz.2)

Maria Usbeck „Moai Y Yo” / „Llamame” / „Uno De Tus Ojos”

Zeszłoroczny debiut „Amparo” to niezwykle intymny zestaw utworów w zamierzeniu mający być powrotem do latynoamerykańskich korzeniu wokalistki po jej wieloletniej emigracji w Stanach Zjednoczonych. Całość utkana jest w mglistej poświacie ambientowych pejzaży nieodparcie kojarzących się ze schyłkowym Joy Division (w „Moai Y Yo” cytaty wprost z „Atmosphere”), jednak rdzenne ekwadorskie komponenty nadają tym kompozycjom niezwykłej oryginalności.

Ps. Warto również spojrzeć na wysyp remixów z tego albumu dających bardziej elektroniczny obraz tej twórczości.

Zwykły wpis
Felt

Królowa na gościnnych występach

Felt „Primitive Painters”

Zespół – mozaika i porządna ejtisowa druga liga. Tu trochę Television, tam trochę The Smiths, dużo dream popu. Jednak szczytowe osiągnięcie wiąże się z okresem albumu „Ignite the Seven Cannons” i osobą Robina Guthrie, który nie tylko zajął się produkcją i zbliżył brzmienie do Cocteau Twins, ale również zaprosił do studia Elisabeth Fraser. Takie połączenie musiało się udać.

Zwykły wpis
The Sundays

Gdzieś pomiędzy senną Szkocją, a radosną Szwecją

The Sundays „Where The Story Ends”

…gdzieś tam umiejscowiony jest Londyn, którym to w 1987 został założony zespół The Sundays. Trzy lata później wydali swój debiutancki, jak się później okazało najlepszy album.

Dużo tutaj słychać inspiracji wokalem Elisabeth Fraser z Cocteau Twins i gitarą Johnego Marra z The Smith, czyli wzorce z najwyższej półki. Wyszedł z tego niezwykle przystępny patent, wielokrotnie powielany z raz lepszym, raz gorszym skutkiem w późniejszych odsłonach kobiecego  pop-rocka spod znaku The Cardigans czy The Cranberries. Choć i Natalie Imbruglia znalazła coś dla siebie.

Zwykły wpis
Slowdive

Brakujący fragment shoegazeowej układanki

Slowdive „Souvlaki Space Station”

W chwili gdy, wygasały już ostatnie ogniska shoegaze’u zmiecione przez brit-popową falę, zespół Slowdive wydał swoje opus magnum – „Souvlaki”. Z miejsca stał się jednym z niekwestionowanych klasyków gatunku. Nie tak ostrym jak „Loveless” MBV, mniej piosenkowym niż „Nowhere” Ride, jednak ten album zatopiony w eterycznej ścianie dźwięku, melancholijnie romantyczny, stanowi idealne uzupełnienie dla wyżej wymienionej trójki.

Ps. Warto porównać ostatnie dźwięki utworu z zakończeniem tego utworu.

Zwykły wpis
Mecano

Co nam zostało po Abbie? (Szybka piątka z Mecano cz.3/5)

Mecano „Aire” / „Hawaii-Bombai” / „Cruz de Navajas”

Wraz z trzecim albumem nowa fala powoli odchodziła w niepamięć. Jednak wtedy właśnie Ana Torroja pokazała całą siłę swojego talentu. Wokale są największą siłą znakomitych monumentalnych, dream-popowych ballad rodzaju „Aire”czy  „Hijo De Luna” (ten ostatni nawet stał się największym sukcesem na listach przebojów, wychodzącym daleko poza obręb Hiszpanii) oraz melodyjnego popu w stylu „Cruz de Navajas”i „Hawaii-Bombaii”.

Spotkałem się gdzieś z określeniem, że Mecano to zespół, który przejął od ABBY pałeczkę pierwszeństwa w kwestii europejskiego popu. Po przesłuchaniu tych utworów ciężko się z tym stwierdzeniem nie zgodzić.

Zwykły wpis
Knower

Pop przyszłości

Knower „Time Traveler”

Plan był prosty – 30 minut  dwuminutowych interwałów w średnim tempie 12 km/h z delikatnym podbiegiem (3 stopnie). Na ostatnim fragmencie przyspieszenie do 13km/h.

Początek spokojny – ma być coś rytmicznego, jakieś energetyczne repetycje. Wypada na Pet Shop Boys. Jedno, drugie, trzecie przyspieszenie. Samopoczucie wyjątkowo dobre, fragmenty szybkie mocno wchodzą w nogi, odpoczynki regenerują.

Szybko mija półmetek. Mięśnie się już rozgrzały więc na drugą połowę należałoby trochę przyspieszyć. Tempo wzrasta do 13km/h, nachylenie już 4 stopni, player przeskakuje na Gesu No Kiwami Otome.

Kolejne interwały znikają jeden za drugim – 16 minuta, 20-ta, 24-ta. Pora na ostateczny dojazd. Nogi są mocne, ale oddech słaby, więc na ostatni fragment potrzeba jakiegoś endorfinowego power-songa. W ostatniej chwili przerzucam na Knower.

Od pierwszych chwil dostaję energetycznego kopa. Podbijam nachylenie do maksymalnego, tempo do 14km/h. Jednak po 30 sekundach to jeszcze za mało, znowu przyspieszenie. Nogi ledwo wyrabiają za uciekającą taśmą bieżni, podwyższam krok, ręce pracują jeszcze mocniej. Ludzie wokół dziwnie się patrzą, bo urządzenie całe się trzęsie. Na ostatnie pół minuty daje już wszystko co fabryka dała – tempo 17km/h na podbiegu. Mózg krzyczy z braku tlenu, płuca to samo, ale wchodzi drop w „Time Traveler” i już wiem że dotrwam te ostatnie chwilę, mimo, że patrze i odliczam już ostatnie sekundy do cooldown-u.

Na schłodzeniu ledwo co stoję na nogach, ale było warto bo aż czuje że forma powoli rośnie.

Zwykły wpis