Tim Buckley

Najlepsze folkowe kawałki Milesa Davisa (Pierwsza jedenastka męskiego wokalu cz. 9/11)

Tim Buckley „Strange Feelin’ ” / „Lorca” / „Down by the Borderline”

Każdy utwór Tima Buckleya z pięciu najlepszych albumów (patrz na lata 1967-1970) to unikatowa, niepowtarzalna opowieść, rozpisana na GŁOS i tą resztę, którą akurat miał ochotę użyć do uzupełnienia całości. Wokalny talent dał mu doskonałą umiejętność  panowania nad nieokiełznaną ekspresją twórczej energii. I wykorzystywał go do granic możliwości. Melodyczna ekwilibrystyka zbliża nas tutaj dużo bliżej wypadkowej cool jazzu i atonalnej awangardy niż klasycznego folkowego grania.

Trzy zalinkowane utwory (wraz z prezentowanymi już tutaj  „Song to Siren” i „Pleasant Street„) to najbardziej reprezentatywne okazy możliwości wokalnych tego artysty. Gęsty, apokaliptyczny slow-jazz-rock („Lorca”), „Kind of Blue” psychodelicznego folku („Strange Feelin’ „) i rytmiczny (trąbka!) jazz-rockowy potwór („Down by the Borderline”) dobrze oddają skalę jego talentu.

tim buckley.jpg

Reklamy
Zwykły wpis
LAM

Dwa światy

Lam „Lam 3 (Parts I-III)”

Po pierwsze klasyczny minimalizm, czyli przetwarzanie paru prostych motywów na nieskończoną ilość wariacji oraz powtarzalność w nakładaniu na siebie kolejnych warstw dźwięków. Po drugie jazz w wersji free z ciągłym dążeniem do improwizacji i nieprzewidywalności przebiegu kompozycji.

Na styku tych dwóch filozofii muzyki trio Zimpel / Zamler / Dys dają efektowny popis umiejętności technicznych i kompozycyjnych. Doskonała perkusja wraz z równie imponującym głównym motywem fortepianowym tworzą siatkę na bazie której rozgrywa się ponad dwudziestominutowy spektakl na fortepian i klarnet. Niezwykle angażujące i uzależniające doświadczenie.

Zwykły wpis
Kamasi Washington

Cały ten jazz

Kamasi Washington „Truth”

Miałem napisać, że  nawiązuje do największych – Komedy, Coltrane’a czy innych legend Jazzu, jednak mamy tu do czynienia z odmienną sytuacją. Nie z diabelnie zdolnym epigonem, lecz z nowym punktem odniesienia. Za trzydzieści lat każdego perspektywicznego muzyka jazzowego będzie się nazywało nowym Kamasim Washingtonem.

Zwykły wpis
Andrzej Zaucha

Kołysanka dla potomnych

Andrzej Zaucha „Bezsenność we dwoje”

Żeby przekonać się o tym jakich rozmiarów archiwum pozostawił po sobie najwybitniejszy polski wokalista wystarczy spojrzeć na rozmiary najlepszej kompilacji z jego utworami – czyli „C’est La Vie”. Ta ogromna pięcio-płytowa kopalnia kompilacja pozwala nam uzmysłowić nie tylko skalę talentu tej postaci, ale różnorodność jej repertuaru.

Co my tu mamy? Jego jazz-prog-funk-rockowe początki z zespołem Dżamble – nie tylko „Wołanie o słońce nad światem”. Ciekawy epizod z Anawą po opuszczeniu jej przez Marka Grechutę. Duety z najznamienitszymi wokalistami naszej sceny, w tym wybitne „Pójdziemy na wagary” z Krystyną Prońko. Jazzowe standardy oraz solowe projekty Zauchy – gdzie znajdzie się i wonderowy soul, opolskie hity, blues rock i czysty pop.

I wśród tej rozmaitości każdy może wybrać coś dla siebie. Ja na dzisiaj mam „Bezsenność we Dwoje” – skromną z początku balladę przeobrażająca się w jeden z największych popisów wokalnych Zauchy. Godny konkurent dla „Wymyśliłem Ciebie„.

Zwykły wpis
Vangelis

„Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary.”

Vangelis „Blade Runner (End Titles)”

Tak jak Ridley Scott zrobił z „Blade Runnera” niezwykły kolaż filozoficznego traktatu, brutalnego robotycznego sci-fi i kryminału w stylu klasycznego kina noir, tak Vangelis nie mógł być gorszy. Ścieżka dźwiękowa do tego filmu stanowi z jednej strony niepowtarzalną całość, nieporównywalną do niczego co znam w kategorii „muzyka filmowa”, a drugiej całą kopalnię zapożyczeń z bardzo odległych od siebie koncepcji takich jak ambient, progresywna elektronika, futuro-disco, grecka muzyka ludowa,  jazz itd. itd.

Co razem dało najważniejszy (obok Twin Peaksa) soundtrack w moim życiu. A że wszystko to oparte zostało na motywach prozy mojego ulubionego pisarza?

Ps. kto jest takim fanem jak ja, ten wie, że teraz prawię banały. Cała reszta i tak tego nie zrozumie.

Zwykły wpis
Robert Wyatt

Robert Wyatt o kobiecej naturze

11. „Sea Song” Robert Wyatt

Zdecydowanie najtrudniejszy w odbiorze artysta z całej listy. Twórca jedynej w swoim rodzaju kameralnej, quasi-jazzowej ballady. Skrajnie introwertyczne granie (żeby nie nazwać tego muzyką autystyczną). W swoim dorobku ma zarówno polityczne protest-songi (skrajnie marksistowskie w charakterze), opisujące wiwisekcję ludzkiej psychiki (kojarzące się z bergmanowską „Personą”) jak i pieśni miłosne skierowane do swojej żony (ale żeby nie było tak miło, brzmiące jak żałobny tren – „Alifie”/”Alifib”).

Do tej ostatniej grupy zaliczyć można dzisiejszy „Sea Song”. Intymne rozmyślania o zmiennej naturze kobiety ubrane w formę inwokacji do Alfredy Benge (żony artysty). Zakończone wzruszającym wyznaniem:

„You’re madness fits in nicely with my own
Your lunacy fits neatly with my own, my very own”

oraz niesamowitą atonalną, fałszowaną wokalizą.

Zwykły wpis