Hljómar

Czwórka z Keflavíku (Przystanek Islandia cz. 1)

Hljómar „Hringdu” / „Heyrðu mig góða”

To nie przypadek że akurat w Keflavíku powstał pierwszy najważniejszy zespół islandzkiego rocka. Nie dość, że w tym mieście znajdował się prężnie działający port, gdzie marynarze przywozili ze sobą paczki z dalekich krajów, w tym albumy popularnych zespołów muzycznych – The Beatles, The Kinks czy The Who. Dodatkowo na pobliskim wzgórzu Asbru usytuowana była baza amerykańskiej marynarki, w której na falach żołnierskiego radia grano najnowsze hity powstającej właśnie Brytyjskiej Inwazji. W sytuacji gdy w latach 60-tych państwowe radio na Islandii miało zakaz grania rockowej muzyki Keflavik stał się muzycznym oknem na świat.

W takich okolicznościach czwórka kolegów Rúnar Júlíusson, Gunnar Þórðarson, Gunnar Jökull Hákonarson i Björgvin Halldórsson rozpoczęła błyskawiczną, ogólnokrajową karierę i wprowadziła nowoczesność na rynek muzyczny zdominowany do tej pory przez banalny bublegum pop i tradycyjny islandzki folk.

W odniesieniu do ich twórczości pojawiły się często pojawiają się porównania do The Beatles, zwłaszcza z wczesnym okresie ich twórczości. Nie można ich jednak traktować w kategorii ambitnych kopistow. Pojawiają się u nich również niezwykle ciekawe elementy takie jak bossanova w kawałku „Hringdu”, odniesienia do barokowe popu w stylu The Zombies, czy elementy agresywnej dynamiki The Who.

Ich opus magnum to debiutancki album „Hljómar” z 1967 roku, gdzie brakuje słabych kawałków, a ukryte covery The Mamas and Papas i The Beatles (w języku islandzkim) organiczne pasują do całości.

W późniejszym okresie zespół (pod nazwą Thor’s Hammer) próbował swoich sił na rynku anglosaskim. Nie zrobił tam oszałamiającej kariery, jednak został on po latach doceniony i włączony do słynnej składanki „Nuggets II: Original Artyfacts From the British Empire and Beyond, 1964-1969”, obok takich gwiazd jak The Byrds czy Os Mutantes.

Reklamy
Zwykły wpis
Clairo

Nisko budżetowe filmy i bostonskie nastolatki

Clairo „Pretty Girl”

W ubiegłym roku dosyć dużą popularność na YouTube zyskało wideo wcześniej nikomu nie znanej, młodej dziewczyny z Bostonu. Ten, wykonany domowymi sposobami, klip został do tej pory wyświetlony ponad 16 milionów razy. Duża w tym zasługa dziewczęcej naturalności Clairo, jednak nie bez znaczenia była również niezwykła popowa nośność lo-fi’owej kompozycji. Wystarczył tylko automat perkusyjny, prosty program do tworzenia muzyki i mikrofon by stworzyć małą perelke DIY.

Zwykły wpis
Basia

Po prostu Basia

Basia „Time and Tide” / „New Day For You” / „Cruising for Bruising”

Barbara Trzetrzelewska, zdobywała pierwsze wokalne szlify w zespole Alibabki (czyli dla wtajemniczonych – polski muzyczny Olimp). W latach 80-tych po wyjeździe z kraju najpierw w kierunku Wielkiej Brytanii, a następnie do Stanów Zjednoczonych, z pomocą muzyka Danny’ego White’a zawojowała amerykański rynek jazz-popowej piosenki. I jest to, jak do tej pory, największy sukces polskiego popowego muzyka na zachodnim rynku (jednocześnie dużo bardziej rozpoznawalna na obczyźnie niż we własnym kraju).

Cechy charakterystyczne twórczości – organiczne połączenie easy-listeningowego jazz-popu z elementami muzyki latino i bossanovy („New Day For You” kontra „La Isla Bonita” Madonny – słychać wyraźnie powinowactwo). Jednak nie ma tu śladu po bezpłciowości i smęceniu tak częstego w przypadku tych gatunków – sam konkret, bogactwo mikromotywów i nadzwyczajny poziom słuchalności.

PS. Jest coś ikonicznego we wstępie do teledysku „Time and Tide”, gdzie wywołana błędnie do telefonu przedstawia się amerykańskim odbiorcom mówiąc po prostu: „It’s Basia”.

 

 

 

 

 

 

 

 

Zwykły wpis
Andrzej Zaucha

Bajka o wybitnym wokaliście (Pierwsza jedenastka męskiego wokalu cz. 10/11)

Andrzej Zaucha „Musze mieć dziewczynę” / „Most nad rzeką zdarzeń” / „C’est LaVie” / „Myśmy sobie pisani” / czołówka z „Gumisiów”

W świecie polskich mediów gdzie wypada gloryfikować dokonania Czesława Niemena (gdy szersza publiczność zna 4-5 jego sztandarowych utworów) zdecydowanie brakuje „czasu antenowego” dla innych wybitnych kolegów po fachu. Zaucha jest tutaj najbardziej wyrazistym przykładem pierwszoligowego artysty (i w tym porównaniu chodzi mi raczej o poziom czołowego przedstawiciela ligi hiszpańskiej lub angielskiej a nie naszej rodzimej Ekstraklasy) nieco zapomnianego przez opiniotwórcze media głównego nurtu. Warto sobie wpisać najpopularniejsze utwory Zauchy i Niemena na stronie odsluchane.eu gdzie dysproporcje między nimi są widoczne gołym okiem. Jedynie „Byłaś serca biciem” pojawia się regularnie w radio, z czego znaczna ilość odtworzeń dotyczy rozgłośni lokalnych.

Ciężko jest mi znaleźć przyczyny takiego stanu rzeczy. Z mojej perspektywy Andrzej Zaucha wpisuje się w schemat artysty dla każdego – trójkowcy mają crimsonowe „Wymyśliłem Ciebie”, fani „Złotych Przebojów” pewnie z przyjemnością posłuchają ody do małomiasteczkowej mentalności czyli „C’est La Vie -Paryż z Pocztówki”, bywalcy koncertów jazzowych znajdą coś dla siebie praktycznie w większości repertuaru, rockowcy wybiorą coś z Dżambli – choćby jazz-rockową perełkę „Muszę mieć dziewczynę”, do głównych anten Zetki czy RMF Fm nieźle wpisałby się funkujący „Most nad rzeką zdarzeń” (co za tekst Kondtratowicza!!!), nawet raperzy słuchają (Nie mam tylu fanek co Andrzej Zaucha Prawdę mówiąc, to nie mam fanek wcale, zluzuj.”)

Ale to tylko pobożne życzenia. Dobrze, że chociaż dzieci regularnie słuchają najwybitniejszego wokalisty w historii polskiej muzyki rozrywkowej.

Andrzej Zaucha.jpg


Zwykły wpis
Stevie Wonder

O szukaniu następców (Pierwsza jedenastka męskiego wokalu cz. 8/ 11)

Stevie Wonder „Knocks Me off My Feet”

Stevie Wonder – klasyczny przypadek człowieka-orkiestry (wiem, że wyświechtany frazes, ale pasuje tu wyjątkowo dobrze) – gra, śpiewa, komponuje. Dlatego niezwykle trudno jest mi rozdzielić umiejętności Wondera kompozytora i instrumentalisty od Wondera wokalisty. Unikalne miękkie brzmienia ówczesnych syntezatorowych nowinek idealnie zestrojone w czytelnej produkcji z przyjemnym, choć niezwykle potężnym tembrem głosu dało podwaliny pod połowę współczesnego popu i R&B.

Mimo, że ostatnią wielką płytę wydał w 1976 roku to mam wrażenie, że co roku wychodzą nowe „wonderowe” imitacje, nawet jeśli to tylko echa, skojarzenia czy zwykłe kalki w wykonaniu mniej lub bardziej utalentowanych epigonów jak Frank Ocean, D’Angelo, Timberlake, Daft Punk, Jamiroquai, Mark Ronson …

 

stevie wonder.jpg

 

 

Zwykły wpis